Jan Smarduch, wójt nowotarskiej gminy o czym już niewielu pamięta, to czynny działacz opozycji i Solidarności Wiejskiej lat 80. ubiegłego wieku. Pamięta on doskonale walkę opozycji oPraktyka w Austrii – tutaj Jan Smarduch w towarzystwie nauczycieli Szkoły Rolniczej 1985r odzyskanie wolności, „okrągły stół" narodziny demokracji, także tej na szczeblu lokalnym. To wówczas podjął on niełatwą decyzję o budowie rodzącego się wówczas samorządu, rezygnując z prowadzenia własnej firmy.

Panie Wójcie działa Pan już długo w samorządzie. Ma Pan przy tym piękną historię pracy na rzecz Podhala, jego wolności i rozwoju. Jak to się zaczęło?

Po to aby lepiej zrozumieć moją 25-letnią działalność w samorządzie trzeba przypomnieć moje zaangażowanie w tworzenie struktur Solidarności Wiejskiej na Podhalu, Spiszu i Orawie oraz kontynuowanie działalności opozycyjnej na przestrzeni lat 1980-1990. Bez tego doświadczenia nie byłbym obecny wśród samorządowców do obecnej chwili.

Moment protestów na Wybrzeżu i powstanie NSZZ „Solidarność" zeszło się z przerwą wakacyjną pomiędzy pierwszym, a drugim rokiem nauki w pomaturalnym Studium Ekonomicznym, specjalność finanse i rachunkowość w Zakopanem. Od tej pory moja aktywność polityczna nabierała coraz większego rozpędu. Zaraz po ukończeniu w czerwcu 1981 roku Studium Ekonomicznego odpowiedziałem pozytywnie na propozycję sekretarza Zarządu Regionu Podhala Spisza i Orawy NSZZRJ „Solidarność" pana Władysława. Hajnosa abym od 1 lipca 1981 roku objął funkcję sekretarza biura „Solidarności Rolników", które funZdjęcie z I Zjazdu “ Solidarności Wiejskiej” Podhala, Spisza i Orawy Ludźmierz 22.02. 1981r. przemawia ks. Sadłowski ze Zbroszy Dużej. Jan Smarduch uczestniczył, jako wolny słuchacz.Podczas pobytu w okresie Świąt Bożego  Narodzenia  85/86 r.  PAX Christii – Wiedeńkcjonowało w ratuszu miejskim w Nowym Targu.

Moje życie nagle przyspieszyło, oprócz prowadzenia biura stałem się jednym z założycieli kół „Solidarności Wiejskiej" na Podhalu, Spiszu i Orawie oraz reprezentowałem Zarząd w częstych spotkaniach również w strukturach wojewódzkich. Niedzielami odbywaliśmy po kilka spotkań z mieszkańcami wsi celem budowania struktur związku, zrobiliśmy to w ponad 100 wsiach dawnego powiatu nowotarskiego. W każdej gminie zostały powołane Zarządy Gminne, które miały być partnerem dla ówczesnych władz gminy. Ten bardzo gorący okres został przerwany wprowadzeniem stanu wojennego 13 XII 1981roku. Okres wolności i swobód politycznych został brutalnie ograniczony.

Po chwilowym szoku i niedowierzaniu przyszedł czas na prowadzenie działalności w zmodyfikowanej formie. Najpierw chodziło o to ażeby zostać na wolności. Następnie o niesienie pomocy rodzinom tych, którzy zostali aresztowani i internowani, a w końcu o pomoc tym, którzy byli poszukiwani za kontynuowanie działalności opozycyjnej w podziemiu. Byli to głównie działacze NSZZ „Solidarność" – gdyż to ta organizacja wzięła główny ciężar walki o przetrwanie w stanie wojennym na siebie.

To jest ta część piękniej historii Pana życia o której nie wie i nie pamięta już zbyt wielu. Jak udało się Panu zachować wolność, pomagać innym w tym trudnym czasie?

Jak udało się mi zachować wolność? Prawdopodobnie był to szczęśliwy zbieg okoliczności, wynikający z tego, że w okresie poprzedzającym stan wojenny cały Zarząd Regionu Podhala, Spisza i Orawy brał udział w wycieczce do Austrii. Delegacja wyjechała na zaproszenie władz Dolnej Austrii, celem zapoznania naszych rolników z funkcjonowaniem rolnictwa i turystyki w górach. Wyjazd był poprzedzony wielomiesięczną batalią o paszporty dla naszej delegacji. W związku z tym organy bezpieczeństwa znały wiele miesięcy wcześniej termin wyjazdu i nie zaplanowały prawdopodobnie do internowania osób, które przebywały poza terytorium Polski. Na Podhalu ze ścisłego kierownictwa pozostał tylko sekretarz zarządu Władysław Hajnos i ja, jako sekretarz biura zarządu, gdyż nie otrzymałem paszportu na wyjazd z delegacją, formalne uzasadnienie było że z powody wieku przedpoborowego.

Tak naprawdę chodziło o to, że funkcjonariusz służby bezpieczeństwa w razie wyjazdu oczekiwał ode mnie złożenia po powrocie pisemnej relacji z wyjazdu naszej delegacji. Propozycję tę potraktowałem, jako ofertę tajnej współpracy i stanowczo odrzuciłem, w reakcji funkcjonariusz wykrzyknął, że na pewno nie otrzymam paszportu na wyjazd, a w najbliższym czasie otrzymam kartę powołania do służby wojskowej. Plan ten prawdopodobnie uchronił mnie od internowania.

Rzeczywiście dwa tygodnie po ogłoszeniu stanu wojennego, w okresie między świętami, otrzymałem wezwanie do WKU w Nowym Targu celem otrzymania karty powołania. Poproszono mnie o książeczkę wojskową i po mniej więcej godzinie wręczono mi książeczkę wojskową i polecono, abym opuścił komendę wojskową, co zrobiłem, mimo dużego zaskoczenia. Po wyjściu z komendy zapoznałem się z wpisem do książeczki, gdzie znalazłem podpis i pieczęć Szefa WKU „przeniesiony do rezerwy" z dn. 1.01.1982. Byłem tym mile zaskoczony, gdyż mimo wyrażonej groźby funkcjonariusza SB, władze wojskowe uznały, że lepiej będzie, jak się w służbie czynnej w ogóle nie pojawię. Decyzja ta pokazała, że system nie jest taki szczelny, że interes służby bezpieczeństwa nie zawsze był zgodny z działaniami służb wojskowych.

W sytuacji, gdy udało mi się zachować wolność i uniknąć mobilizacji do wojska, zacząłem we współpracy z Władysławem Skalskim ściągać z różnych regionów Polski, najpierw na ferie a potem na wakacje rodziny internowanych. Rodziny te były przyjmowane przez kilkudziesięciu rolników z Podhala, Spisza i Orawy, bardzo w tym pomagali Władysław Hajnos, Stanisław Kieta, Franciszek Jandura, Marian Pukański, Jan Wdówka, Wł. Goncierczyk i wielu innych. Pomoc ta pozwoliła nawiązać ludziom kontakty, które często do dziś są kontynuowane. Ale również to pozwoliło podtrzymać na duchu tych, którzy byli aresztowani i internowani. Naszej społeczności na Podhalu, Spiszu i Orawie przybliżyliśmy problemy, które wtedy były najważniejsze dla rodzin zatrzymanych. Gotowość do opiekowania się tymi rodzinami w okresie 2 tygodni bez jakiejkolwiek odpłatności była dla nas dużym i miłym zaskoczeniem. To pokazało, że jest prawdziwa solidarność między ludźmi, a stan wojenny nie przestraszył ludzi. Akcja ta oprócz wielu ludzkich emocji nam działaczom Solidarności Wiejskiej pozwoliła odzyskać wiarę, że pomimo stanu wojennego można wiele zrobić.

Kolejnym etapem była akcja organizowania i ukrywania ściganych listami gończymi działaczy NSZZ „Solidarność", którzy uniknęli aresztowania i prowadzili działalność opozycyjną w podziemiu. Była to już działalność ryzykowna bo za udzielanie pomocy można było otrzymać karę więzienia. Akcja ta była ściśle konspiracyjna i odbywała się przez łączników, którzy byli dla nas osobami anonimowymi. Do mnie do domu w Łopusznej dotarli powołując się na ks. prof. Tischnera, szybko to zweryfikowałem, prosząc Tischnera o potwierdzenie nie kontaktując się z nim osobiście, tylko przez rodzinę.

W akcji tej współpracowałem ze Stanisławem Ludzią „Orawcem" z Ostrowska, nie można było działać w większych grupach. Dziś wiem, że również takich dwójek było co najmniej kilka na Podhalu, Spiszu i Orawie, dowiedzieliśmy się o tym później, po zniesieniu stanu wojennego. Nie znaliśmy również personaliów osób ukrywanych. Dziś mogę powiedzieć o dwóch znanych działaczach z Małopolski, Tadeuszu Syryjczyku (były minister transportu w rządzie premiera Mazowieckiego) i Robercie Kaczmarku, który przez jakiś czas w stanie wojennym był szefem podziemnych struktur NSZZ „Solidarność" w Małopolsce później został aresztowany, zbiegł ze szpitala, a później wyjechał na leczenie do Francji i tam podjął pracę na Uniwersytecie w Paryżu, dzisiaj wykłada również na AGH w Krakowie, gdzie był pracownikiem naukowym jeszcze przed stanem wojennym.

Działalność konspiracyjna, pomoc poszukiwanym, ukrywanie ich było ryzykowne. Czy nie było żadnych wpadek?

Udało się nam uniknąć w stanie wojennym wpadek, choć jak się po wielu latach dowiedziałem od kolegi Roberta Kaczmarka niewiele brakło. Kiedy stworzono możliwość zapoznania się z dokumentami Służby Bezpieczeństwa pan Robert Kaczmarek otrzymał w Krakowie od IPN-u swoją teczkę gdzie był szkic domu w Ostrowsku St. Ludzi zrobiony przez znanego dziennikarza, który jak się później okazało był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa.

Stanisław Ludzia wskazał dom swojego brata Franciszka Ludzi, który mieszkał na Śląsku, jako jedną z kryjówek. Wtedy w stanie wojennym my nie wiedzieliśmy kto tam przebywa, kiedy i jakiej rangi się tam odbywają narady. Dziś wiemy, że była to jedna z kilku kryjówek na Podhalu ówczesnego szefa struktur podziemnych NSZZ „Solidarność" w Małopolsce, tam też odbywały się co jakiś czas narady przedstawicieli podległych mu delegatur z całej Małopolski.

Dziennikarz ten, jako osoba internowana znalazł się na Podhalu wśród rodzin, które korzystały z nieodpłatnej pomocy jaką organizowaliśmy dla rodzin prześladowanych działaczy NSZZ „Solidarność" i próbował zdekonspirować ukrywającego się Roberta Kaczmarka, ale pomylił domy dwóch braci i akcja służby bezpieczeństwa zakończyła się fiaskiem, bo w domu rodzinnym St. Ludzi nie mogło być ukrywającego się Roberta Kaczmarka.

Czas stanu wojennego, był to czas konspiracyjnych wydawnictw, gazetek, ulotek. Czy był Pan w to zaangażowany? Czy ten rodzaj działalności był obecny na naszym terenie?

Tak. Ważną działalnością była też działalność kolportowania na Podhalu, Spiszu i Orawie prasy podziemnej (Tygodnik Mazowsze oraz „Trzynastka" Mirosława Dzielskiego) oraz wydawnictw książkowych wydawanych poza cenzurą, np. przez wydawnictwa: Arka, ABC z Krakowa, Wektory z Wrocławia, itp.
Kolportowaliśmy również ulotki z okazji rocznicy 3 maja, 11 listopada, wzywające do bojkotu wyborów w PRL.

Czy była możliwość dalszych kontaktów związków rolniczych z Austriakami? Czy byliście tylko zdani na walkę o przetrwanie?

Działalność pierwszych kilkunastu miesięcy była nastawiona na przetrwanie opozycji, jednak w następnym etapie zaczęliśmy się zastanawiać jak kontynuować działalność w ramach legalnej działalności. Dzięki ks. Prof. Tischnerowi udało się zachować kontakty z Austriakami, którzy gościli nasz związek tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Na pytania od naszych kolegów z Austrii, w jaki sposób mogliby wspomóc rolników na Podhalu, dzięki bezpośrednim kontaktom ks. Prof. Tischnera ustalono, że koledzy z Dolnej Austrii zrobią zbiórkę sprzętu rolniczego, nawozów mineralnych, oraz paszy dla zwierząt.

W ten sposób już na początku roku 1983 na Podhale przyjechała pierwsza partia pomocy od rolników ze Steiermarku (Dolna Austria ze stolicą w mieście Grazu). Pośrednikiem w tej transakcji był austriacki i polski Caritas, tym sposobem dotarło kilkanaście wagonów sprzętu rolniczego w roku 1983, a druga partia w roku 1984. Rozdziałem tego sprzętu dla rolników zajęli się nasi działacze związku.

Duże wsparcie otrzymaliśmy też od ks. prałata Juraszki, proboszcza z Nowego Targu, który też był jednym z adresatów tej pomocy poprzez Caritas. Dzięki wsparciu Kurii Krakowskiej w tej akcji w późniejszym czasie wielu naszych kolegów uczestniczyło w różnego typu szkoleniach, pomagających nam w funkcjonowaniu związku w trudnym czasie po delegalizacji związku. Jednym z głównych prelegentów był m.in. Stefan Wilkanowicz, znany publicysta katolicki. W ten sposób nasze środowisko starało się funkcjonować w życiu społecznym i publicznym, działając w dość restrykcyjnym, ale w miarę legalnym działaniu, bo tu można było zrobić coś więcej dla ludzi.

Czy w życiu Pana, jako opozycjonisty były dramatyczne wydarzenia?

Podczas tzw. życia w opozycji były też momenty dramatyczne, jak morderstwo ks. Jerzego Popiełuszki, które mocno poruszyło wszystkich w Polsce. Jednak reżim gen. Jaruzelskiego doprowadził do wykrycia i wytoczył proces przeciwko funkcjonariuszowi milicji. Kiedy w rozmowach z ks. prof. Tischnerem omawialiśmy tę sprawę, a przecież też obawialiśmy się o jego życie, profesor stwierdził, że jeden z byłych oskarżonych A. Pietruszka był jego opiekunem ze strony tajnej policji i kilkukrotnie przestrzegał go przed głoszeniem kazań, które by atakowały panujący reżim gen. Jaruzelskiego.

Ja osobiście nie doznałem jakichś dotkliwych represji, choć oczywiście nie otrzymałem paszportu na wyjazd do USA w końcówce roku 1983, miałem wtedy dzięki dr Mirosławowi Dzielskiemu dobre kontakty z konsulem amerykańskim, który często przebywał w Łopusznej, była więc duża szansa na otrzymanie wizy. Jakoś w dziwny sposób nie mogłem po wprowadzeniu stanu wojennego znaleźć pracy, ale to mnie zmobilizowało i uruchomiliśmy z kolegą własną działalność gospodarczą, którą później kontynuowałem z żoną.

W 1983 podczas II pielgrzymki Papieża do Polski dotarła autokarem delegacja z Austrii. Austriacy bardzo chcieli razem z nami wspólnie udać się z Zakopanego do Krakowa (22.06.1983r.) Miałem przeczucie, że powinienem wyjechać z parafialną pielgrzymką z Łopusznej, a już na miejscu w Krakowie spotkać się z delegacją austriacką. Jednak pod wpływem kolegów z „Solidarności Wiejskiej" udałem się do Zakopanego, gdzie niestety zostałem zatrzymany celem przesłuchania, a gdy wyszedłem z posterunku odjechał mi autobus z gośćmi do Krakowa. Po powrocie do Łopusznej okazało się, że również tu autokar odjechał mi do Krakowa w ten oto sposób i dałem się wyprowadzić w pole. Wtedy w Krakowie podsumowano akcje pomocy rolnikom na Podhalu, podjęto decyzję o przysłaniu II partii pomocy oraz o uruchomieniu możliwości odbywania praktyk przez studentów i młodzieży z Podhala w szkołach rolniczych oraz gospodarstwach w Dolnej Austrii, zresztą praktyki te trwały aż do konfliktu na Bałkanach.

Całe to zajście w Zakopanem zbiegło się z planowanym spotkaniem jakie miało miejsce w Dolinie Chochołowskiej, gdzie w dniu 23.06.1983 Papież spotkał się z Wałęsą i na Zakopane najechało dużo służby bezpieczeństwa, o czym w tym czasie nie byłem świadomy. Przesłuchiwano również obywateli Austrii, którzy byli w delegacji i chciano w ten sposób uniemożliwić wyjazd Austriaków do Krakowa. Dopiero po interwencji ambasadora Austrii w Warszawie pozwolono delegacji wyjechać do Krakowa. W czasie rozmów w trakcie pielgrzymki jeszcze raz niezawodny był ks. prof. Tischner, który w naszym imieniu dokonał ustaleń związanych z naszą dalszą współpracą z rolnikami z Austrii.

Byłem tez wielokrotnie wzywany na komendę policji w Nowym Targu celem przeprowadzenia rozmów tzw. profilaktyczno-ostrzegawczych zwłaszcza w okresach rocznic 3 maja, 11 listopada, przed wyborami krajowymi i lokalnymi, przed przyjazdem Papieża do Polski itp. Jednak widać było coraz wyraźniej, że z każdym rokiem od wprowadzenia stanu wojennego, jest mniejsza wiara w sens represji i inwigilacji tych co mają nastawienie pokojowe, ale nie zaakceptują już nigdy systemu, którego ówczesna władza chciała bronić siłą.

Wszystkie te rozmowy ostrzegawcze dawały mi przekonanie, że należy robić swoje, bo jest tylko kwestią czasu kiedy ten system runie i musi dojść do zmian. Nie wszyscy koledzy z „Solidarności Wiejskiej" się z tym zgadzali, nie wszyscy też chcieli myśleć o tym, że przyjdzie czas kiedy trzeba będzie przejąć odpowiedzialność za rządzenie, i wtedy co zaproponujemy? Jak rozwiążemy problemy, które same nie znikną?

Potwierdzeniem tego był rok 1985, kiedy na zaproszenie pana Antona Stocka z władz landowych Steiermarku niespodziewanie otrzymałem paszport pozwalający mi wyjechać na 3-miesięczną praktykę do Austrii. Ten wyjazd kolidował mi z uruchomieniem na Śląsku własnej działalności gospodarczej, jednak ks. prof. Tischner wyperswadował, że w sytuacji kiedy otrzymałem paszport, powinienem wyjechać i zapoznać się jak w systemie demokratycznym funkcjonuje gospodarka, życie polityczne, szkolnictwo, samorządy, turystyka, agroturystyka, że to dla Polski jest dużo ważniejsze niż swój prywatny interes.

Ostatecznie podjąłem decyzję o wyjeździe na praktykę. Będąc w Austrii na wniosek gospodarzy przedłużyłem praktykę jeszcze o 3 miesiące.

Jak wyglądał Pana pobyt w Austrii?

Miałem tam możliwość przyglądnięcia się zwłaszcza jak funkcjonuje życie na dole w gospodarstwie, w szkole rolniczej, gminie, w partiach politycznych, klubach sportowych, parafiach, w zakładach prywatnych na wsi, turystyce, agroturystyce, jak wygląda spółdzielczość na wsi. Opiekunowie mojej praktyki co jakiś czas pytali mnie co mnie interesuje i jeśli wyrażałem zainteresowanie, robili wszystko, aby mi tę problematykę przybliżyć.

Święta Bożego Narodzenia w 1985 spędziliśmy na zaproszenie Polskiej Organizacji Pax Christii w Wiedniu. Tam miałem możliwość korzystania z biblioteki i nawiązałem kontakt z instytutem literackim w Paryżu, gdzie zamawiałem książki, których nie można było dostać w Polsce. W ten sposób nabyłem książki takie jak „Archipelag Gułag" Sołżenicyna, „Moje wspomnienia" Wincentego Witosa oraz „Polska Zgwałcona" Mikołajczyka. Po świętach powróciłem do Steiermarku. Zakwaterowanie miałem tym razem w innej szkole, a mianowicie w Hefendorf.

Praktyka skończyła się w marcu 1986 roku i wróciłem do kraju. Praktyka była dla mnie bezcennym doświadczeniem, jeszcze dziś często sięgam po te doświadczenia. Ale przede wszystkim uzmysłowiła mi jaką mamy olbrzymią drogę do przebycia i że ona nie będzie łatwa oraz że nie ma żadnych gwarancji, że to się Polakom uda.

Po powrocie do kraju musiałem zająć się najpierw własną działalnością gospodarczą oraz zdecydowałem się na założenie rodziny. Prywatne sprawy odciągnęły mnie nieco od życia Solidarności Wiejskiej i działalności politycznej.

Kiedy wrócił Pan do działalności politycznej?

Już w 1988 roku napływały pierwsze sygnały, że ekipa rządząca nie ma nadziei na samodzielne zreformowanie kraju, a sytuacja gospodarcza się pogarsza i wysyła sygnały do Wałęsy, że jest gotowa do rozmów z opozycją. Porozumienia okrągłostołowe na nowo wciągnęły mnie w nurt polityki. Jednak odbudowa struktur Solidarności Wiejskiej była znacznie trudniejsza niż budowa tych struktur 10 lat wcześniej. Cały ciężar przebudowy Państwa wziął na siebie Komitet Obywatelski „Solidarność", na czele którego stał niekwestionowany lider Lech Wałęsa.

Szybko okazało się jednak, że odgórne decyzje Komitetu Obywatelskiego nie uwzględniają lokalnych dorobków organizacji niezależnych i w ten sposób na Podhalu doszło do konfliktu pomiędzy „Solidarnością Wiejską", której zgodziłem się tymczasowo przewodzić, a Komitetem Obywatelskim, gdyż podczas zgłaszania kandydatów do sejmu i senatu (4 mandaty, brakło miejsca dla kandydata Solidarności Wiejskiej. Mimo interwencji ks. prof. Tischnera nie uwzględniono naszego postulatu i jako jedna z niewielu organizacji zgłosiliśmy własnego kandydata do Sejmu Franciszka Bachledę - Księdzulorza . Za te działania przedstawiciele Solidarności Wiejskiej wspólnie ze mną zostali usunięci z grona Komitetu Obywatelskiego. Podczas trwającego sporu zetknąłem się pierwszy raz z bezpardonowymi atakami (ze strony kolegów i przyjaciół z NSZZ „Solidarność") o sianie zamętu, dokonywanie rozłamu i wiele innych bredni.

Czas pokazał, że chociaż nie zdobyliśmy mandatu posła (nasz kandydat uzyskał ok 30% głosów) to pokazaliśmy, że stanowimy znaczącą siłę na Podhalu, Spiszu i Orawie i że należy się z nami liczyć. Od tego momentu sprawy w Polsce zaczęły gnać bardzo szybko i po zmianach w administracji centralnej społeczeństwo oczekiwało zmian w administracji terytorialnej, czyli w miastach i gminach. I w takiej atmosferze dotarliśmy do roku 1990 i zmian, które miały wkrótce nastąpić.

Jak z działacza opozycji stał się Pan samorządowcem?

Mój początek angażowania się w działalność gminną był zupełnie nieplanowany przeze mnie i w dużej mierze doszło do niego przy dobrym zbiegu okoliczności. Moje polityczne zaangażowanie od momentu powstania „Solidarności" było społeczne i wypływające z głębi serca. Utrzymywałem się zaś najpierw z gospodarstwa rodziców, a od 1984 roku z działalności gospodarczej związanej z kożuszkarstwem. Moje tymczasowe kierowanie strukturami „Solidarności Wiejskiej" na Podhalu, Spiszu i Orawie, niezależne uczestnictwo związku w kampanii wyborczej w pierwszych walnych wyborach do Sejmu w 1989 roku spowodowało, że kiedy z końcem 1989 w gminie Nowy Targ odszedł na emeryturę długoletni naczelnik gminy Jan Kasprzycki, koledzy z „Solidarności Wiejskiej" między innymi Stanisław Ludzia, Stanisław Kieta, Jerzy Świetlik złożyli mi propozycje ubiegania się w ramach jeszcze istniejącego ustroju o funkcję naczelnika gminy Nowy Targ. Nie zastanawiając się odrzuciłem taką możliwość, gdyż głęboko ceniłem sobie własną działalność gospodarczą. Dawała mi ona niezależność pod każdym względem.

Kiedy jednak koledzy nie odpuszczali, po kilku spotkaniach doszedłem do wniosku, że w sytuacji, kiedy trwają prace nad nową ustawą gminną wyrażę zgodę na kandydowanie na to stanowisko. Zakładałem, że będzie to okres około 3-4 miesięcy. Ostatecznie w imieniu „Solidarności Wiejskiej" moją kandydaturę zgłosili koledzy do przewodniczącego ówczesnej Gminnej Rady Narodowej celem rozpatrzenia wniosku.

To że radni w zdecydowanej większości poparli moja kandydaturę, było dla mnie nieco zaskakujące, ale odebrałem to, jako znak czasu i wielkie zobowiązanie do ciężkiej pracy. Z dniem 21. lutego 1990 roku ówczesny wojewoda nowosądecki Józef Wiktor powołał mnie formalnie na stanowisko Naczelnika Gminy Nowy Targ. (Formalnie rzecz biorąc 21. lutego 2015 roku ukończyłem 25 lat pracy, krótko jako naczelnik, a od 18. czerwca 1990, już jako wójt gminy Nowy Targ).

Już w pierwszych dniach urzędowania zorientowałem się, jak trudna jest sytuacja gminy Nowy Targ, i że jeżeli nie podejmie się natychmiast działań zmierzających do cięcia kosztów we wszystkich dziedzinach, to nie ma szans na funkcjonowanie gminy. Reforma kraju obcięła w dużym zakresie możliwości pozyskania dotacji. Od góry płynęły sygnały, że można liczyć tylko na siebie. Strategie cięcia kosztów dotknęły oświatę. (likwidacja przedszkoli). Jedno z przedszkoli w Ludźmierzu, dzięki nieżyjącej już pani Danucie Majkowicz przekształciło się w niepubliczne i funkcjonowało przy minimalnym wsparciu gminy. Nastąpiła też około 30% redukcja zatrudnienia w administracji, pomocy społecznej, poleciłem wyłączenie oświetlenia ulicznego, z niektórych podpisanych umów wycofałem gminę i ogłosiłem przetargi, co było nowością, i uzyskałem dużo korzystniejsze oferty, np.: budowę mostu na Dunajcu w Łopusznej. Działania te przyniosły stabilizację finansową, ale wywołały też spory niepokój wśród części mieszkańców.

Przyjęcie przez sejm nowej ustawy o samorządzie gminnym uruchomiło proces pierwszych wolnych wyborów do gmin, które zostały ogłoszone na dzień 27.05.1990 roku.

Dzień ten przeszedł do historii samorządu. Nowa ustawa oraz związane z tym finansowanie gmin stworzyły nowe, znacznie lepsze możliwości realizacji zadań własnych. W naszej nowotarskiej gminie wybór wójta nowa Rada ustaliła na 18.06.1990roku. Okres poprzedzający wybór był czasem, gdzie zgodnie z pierwotnym zamiarem miałem zakończyć moją misję na stanowisku Naczelnika Gminy.

Jednak rozpoczęte przeze mnie zmiany w gminie wymagały kontynuacji i miałem takie przekonanie, że powinienem ten proces kontynuować, do czego trzeba było uzyskać nowy mandat od Rady Gminy. Nowi radni, zwłaszcza z wiosek położonych po wschodniej stronie Nowego Targu, upatrywali we mnie kandydata na wójta, który w krótkim, co prawda czasie, ale jednak już wdrożony w problematykę gminy poradzi sobie najlepiej na tym stanowisku.

Moja ponowna decyzja, że pozostaję w samorządzie poróżniła mnie z żoną, gdyż prowadziło to do konieczności zrezygnowania z dalszego rozwoju naszej wspólnej działalności gospodarczej, co nie było dla nas łatwe. Decyzja ta sprawiła, że misja działalności publicznej mnie pochłonęła aż do dnia dzisiejszego.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Beata Szkaradzińska