Pod patronatem medialnym Podhale Region. PODRÓŻE. 27-letni Michał Ścisłowicz z Nowego Targ14225433 1747663808834551 3761219545884547811 nu podróżuje „stopem” po Europie. Wyruszył sam ze Stolicy Podhala, jedynie z plecakiem i namiotem, dokładnie pierwszego września. Teraz po pełnej emocji podróży jest już w Chorwacji. To jednak nie koniec jego fascynującej wyprawy. Prowadzi zresztą jej dokładną dokumentację na swoim FB i blogu. – Wczoraj Michał pojechał do Mostaru, chce tam pobyć kilka dni – mówi jego mama Halina. – Michał pewnie pojedzie dalej do Albanii, na razie jednak chce odpocząć po forsownej drodze.

Michał – jak sam podkreśla - to rodzice zaszczepili w nim „włókę”, czyli po góralsku instynkt odkrywcy, chęć poznawania nowych miejsc, spędzania czasu poza domem na polu...

- Odkąd tylko pamiętam byłem zafascynowany przyrodą, zawsze ciągnęło mnie do las14237688 1752156628385269 1754657841794685235 n14330148 1752156698385262 8646312525237614645 n14344119 1752156658385266 8211797837808422845 n14355584 1752617208339211 2215957901770621762 n20160903 203742 768x57620160904 182404 768x57620160908 220445 768x57620160908 231456 768x57620160909 141038 768x576u – wyjaśnia sam Michał. Podkreśla, że na co dzień jest rozmiłowany w Gorcach, w których zawsze, czy to na piechotę, czy to na rowerze, spędzał bardzo dużo czasu.

Dodaje, że z rowerem jest za pan brat już od wielu lat, co zaskutkowało, że pokonywał i dystanse do 230 km dziennie... Przejechał nawet trzy lata temu na rowerze wzdłuż granic dookoła Polski .

- Moje motto? ”Świat jest jak książka. Jeżeli nie podróżujesz to tak jakbyś czytał tylko okładkę” Pozwala mi ono codziennie odkrywać świat na nowo i cieszyć się nim - zapewnia.

Jaki jest Michał na co dzień, co go cieszy, pasjonuje? - Kiedy nie pracuję, chętnie spędzam wolne chwile z przyjaciółmi i znajomymi, jeżdżę na rowerze. Michał zapewnia, że nie unika żadnej aktywności fizycznej od której jestem wręcz pozytywnie uzależniony.

- Poza tym żyję jak każdy inny człowiek. Mam wady, posiadam kilka zalet, mam też kredyt, a swoje życie i pracę poświęcam dla innych w pracy Ratownika Medycznego w zespołach wyjazdowych pogotowia ratunkowego w Nowym Targu.

Teraz Michał wybrał się samotnie autostopem, na południe Europy. Podróż od dawna planowana dała mu pozytywną energię do działania i do życia. Przygotowywał się do niej od roku. Nadal poszukuje swego miejsca na ziemi.

W głowie planuję już co mógłbym robić w przyszłości, by móc wycisnąć z życia jeszcze więcej. Jak zapewne wielu młodych ludzi należę do tych, którzy jeszcze szukają swojego miejsca na ziemi i nie tracą przy tym zapału, wiedząc że czeka mnie jeszcze sporo pracy oraz wysiłku by zrealizować swoje plany i marzenia.

Michał zapewnia, że nigdy się nie nudzi. - Zawsze staram się podchodzić z dużym optymizmem nawet do najbardziej beznadziejnych spraw, jakie przecież każdego dnia przytłaczają nas znienacka.

Michał po czterech dniach swej podróży po Europie był już u „bratanków” na Węgrzech, dotarł tam ze Słowacji. W pierwszych dniach podróży towarzyszył mu młodszy od niego, aczkolwiek bardziej doświadczony podróżnik, Robert, który niedawno wrócił z miesięcznej podróży autostopem po Europie. Dodawał mu otuchy, uczył.

- Największe miasto Węgier Budapeszt zauroczyło mnie już od pierwszego momentu, a dojazd z węgierskiego Miszkolca tutaj okazał się bardzo przyjemną podróżą, w towarzystwie słowackiego małżeństwa podróżującego do tego miejsca, tak samo jak my, po raz pierwszy. Do samego Miszkolca dostaliśmy się w miarę szybko, podróżując w towarzystwie dwóch Belgów oraz ich psa Rokiego – opowiada Michał. Dodaje, że miał wówczas urodziny, jedne z najbardziej nieprawdopodobnych w życiu. Na początek, gdy już wysiadał z samochodu, dziewczyna zapaliła mu urodzinową świeczkę i powiedziała by zdmuchał i pomyślał sobie życzenie. Potem wraz ze swym towarzyszem podróży po trzech godzinach usiłowania złapania „stopa”, rozbił namiot na poboczu drogi. - Zaopatrzeni w Tokaja i potwornie zmęczeni postanowiliśmy świętować moje jedne z najbardziej niesamowitych urodzin w spokojnym miejscu położonym nieopodal rzeki. Zmęczenie i nieznośne komary szybko jednak spowodowały, że zasnęliśmy tuż po godzinie 21 – relacjonuje Michał.

Kolejnego dnia po 12 godzinach odpoczynku młodzi podróżnicy ruszyli w dalszą drogę, tym razem z sympatycznym małżeństwem ze Słowacji. - Podróż minęła bardzo szybko na rozmowach o różnicach między Słowacją i Polską, a także sytuacji politycznej u naszych sąsiadów oraz o podróżach, które jak się okazało później, były pasją żony naszego kierowcy. Jak opowiadali sami dużo podróżują, ale autostopowiczów wzięli pierwszy raz. Po wymianie kontaktów do siebie, rozstaliśmy się w bardzo miłej atmosferze nieopodal brzegu Dunaju, który już na pierwszy rzut oka robi wrażenie.

Michał Ścisłowicz zapewnia, że wielkie wrażenie zrobił na nim Budapeszt. - Piękna panorama miasta zapierająca dech w piersiach, i tanie węgierskie wino zaczęło uświadamiać mi jak bardzo jestem szczęśliwy, że tu dotarłem.

Następnego dnia rano Michał i Robert wyszli zwiedzać miasto, wtedy znienacka kobieta w sukience i szpilkach zaczęła ich gonić... Okazało się, że to ta sama Słowaczka z którą jechali dzień wcześniej. Zaprosiła ich z mężem na śniadanie. - Nigdy wcześniej nie miałem okazji rozmawiać z nikim ze Słowacji, ale muszę przyznać, że mamy bardzo dużo wspólnych cech z naszymi sąsiadami. Rozmowa toczyła się w trzech językach: słowackim, polskim oraz angielskim. Pomimo różnic, dogadywaliśmy się doskonale poruszając wiele tematów. Jak się później okazało kobieta – lekarz pracujący w jednym ze słowackich szpitali -bardzo dużo podróżowała po Azji. Słuchałem z uwagą ciekawych historii na temat życia we wschodniej części świata, jednocześnie opowiadając o moich planach na dalszą drogę. Po zrobieniu wspólnego zdjęcia pożegnaliśmy się aby wyruszyć w kierunku zamków usytuowanych obok Citadeli. Spacerując wzdłuż Dunaju i wspinając się na górę, przez większość czasu podziwialiśmy piękną panoramę oraz widoki, które naprawdę zapierają dech w piersiach.

Michał podkreśla, że w Budapeszcie można wszędzie spotkać ludzi, którzy piją wino w różnych miejscach: parkach, na przęsłach mostów, w restauracjach przy ulicy, oraz po prostu spacerujących z butelką dobrego wina w ręku. - Nie istnieje tutaj zakaz picia alkoholu w miejscach publicznych, co sprzyja wielu towarzyskim spotkaniom, nie w domach, a na ulicy. Pomimo tego, że w wielu miejscach pije się alkohol, nikt tutaj nie robi awantur, nikt nie zatacza się po ulicach i nikt nikogo nie wyzywa oraz nie niszczy wszystkiego, co napotka na swojej drodze.

Jak wygląda Budapeszt oczami Michała? - Sama część starego miasta jest bardzo kolorowa, szerokie ulice i postawne kamienice, ukazują praktycznie na każdym kroku jak potężnym miastem jest stolica Węgier.

Michał wraz z towarzyszem mieszkali w Budapeszcie u hosta Johnatana. To tam spotkali także dwie Polki Paulę i Kasię. Początkowo rozmawiali po angielsku... Wkrótce potem Michał zapytał jedną z nich skąd są. - Kiedy usłyszałem „I come from Poland”, nie mogłem uwierzyć w zbieg okoliczności i zacząłem się śmiać. Paula i Kasia przyjechały do Budapesztu Polskim Busem, i zamierzają spędzić tutaj kilka dni na zwiedzając miasto. Miły zbieg okoliczności zmienił resztę naszych planów na wieczór, ponieważ całą piątką wybraliśmy się na szczyt Citadeli, gdzie miło spędziliśmy czas na rozmowie i podziwianiu nocnej panoramy na miasto.

Z Budapesztu Michał w dalszą drogę w kierunku Rumunii pojechał już sam. Jego towarzysz Robert musiał wracać do domu. Ostatecznie po wielu nie zawsze miłych przygodach, zmienił kierunek jazdy na bardziej bezpieczniejszy. Spotykani po drodze ludzie ostrzegali go, że wschodnia ściana Europy nie jest już tak, jak dawniej bezpieczna.

Jeden z młodych kierowców mówiący dobrze po angielsku wytłumaczył Michałowi, że te tereny uchodzą teraz za jedne z najbardziej niebezpiecznych pod względem napaści na samochody i ludzi, a od momentu, kiedy to zaczął się problem z imigrantami, nikt już nad tym tutaj nie panuje... - Na samą myśl o łapaniu tam stopa zrobiło mi się słabo. W dodatku informacja o zmianie przepisów, po zamachach w Turcji dotyczących wizy, wcale nie dawała mi pewności, że uda mi się tam trafić. Ewentualne czekanie na wizę na granicy, mogło by się skończyć fiaskiem i kilku dniowym koczowaniem by dostać informację o akceptacji wniosku, tak naprawdę bez gwarancji dostania pieczątki w paszporcie.

Kierowca wysadził Michała w Makó i mówiąc „Crazy Polish guy, crazy!” Odjechał. - Zostałem sam na wylotówce na granicę z Rumunią w stronę Aradu. Po drodze naprzeciw, ciągle przejeżdżały samochody pełne Cyganów, którzy jadąc wyrzucali na drogę śmieci, wrzeszczeli coś w nieznanym języku i ogólnie nie wyglądali na przyjaznych. K*** krzyknąłem ze złości. W co ja się wpakowałem? Próbując chłodno i bez większych emocji zaplanować co mam robić dalej. Miejsce okropne. Zero ruchu tranzytowego, niemiłosierny upał i świadomość miejsca gdzie jestem, połączona z 4 godzinami czekania , aby drogą w którą chce się dostać, przejechał jeden samochód pozwoliła mi zrozumieć, że nic tutaj nie złapię, nie wspominając już o moim bezpieczeństwie w tym miejscu. Przeszedłem więc na drugą stronę, wylotówkę w stronę Segadu- autostradę M5. Zdrowy rozsądek podpowiadał mi, żeby odpuścić wschodnią ścianę Europy i udać się w bezpieczniejszą stronę Chorwacji i Bośni...

Michał wrócił do Budapesztu. W decyzji utwierdził go polski kierowca tira, a także każdy dosłownie napotkany człowiek. Do stolicy Węgier podrzucił go młody Belg, pilot Lufthansy. - On sam kiedyś bardzo dużo podróżował i miał sytuacje, gdy w podróży go okradziono, więc pomimo, że sam dosłownie śmierdziałem, bo nie miałem możliwości umycia się, on bardzo chciał mnie wziąć i mi pomóc, bo wiedział jak to wygląda.

W Budapeszcie po raz kolejny Michał zamieszkał u Johnatana. -Po drodze, kiedy wstąpiłem do sklepu, uświadomiłem sobie jak bardzo jest źle, kiedy ludzie w kolejce odsuwali się ode mnie żeby nie czuć smrodu, który można było na kilometr wyczuć. Johnatan przyjął mnie bardzo serdecznie, a dziewczyny z Polski, które jeszcze u niego zostały były bardzo ucieszone, że trafiłem tu bezpiecznie.

Kolejnego dnia Michał ruszył nad Balaton. Pierwszy odcinek drogi przejechał mercedesem z kierowcą postury Mariusza Pudzianowskiego, mknącym autostradą 220km/h... - Pomimo wspaniale działającej klimatyzacji było mi cały czas baaardzo gorąco...

Nad morzem węgierskim, jak zwany jest Balaton Michał zrobił sobie przystanek. - Dzień mijał bardzo spokojnie, żar lejący się z nieba, przeplatał się z przyjemnym, delikatnym powiem chłodniejszego powietrza znad jeziora. Siedząc nad brzegiem i podziwiając miasta i góry na drugim końca Balatonu, byłem totalnie beztroski. Jeszcze w miarę pachnący, z czystymi ubraniami, moczyłem nogi w jeziorze totalnie zapominając o wszystkich złych doświadczeniach z ostatnich dni, jednocześnie nie myśląc nawet o tym gdzie rozbiję namiot. Po raz pierwszy dotarło do mnie to co właśnie się dzieje. Tysiące myśli, przeplatały się z pytaniami czy można tak całe życie? Czy mogę zrobić coś więcej? I czy mogę komuś pomagać przez moje podróżowanie?

Rano Michał ruszył w kierunku Zagrzebia. Na stopa do nowego czarnego bmw wziął go miły, choć początkowo na takiego nie wyglądał, Węgier. Zapewnił on Michała, że autostopowicza zabrał pierwszy raz w życiu... Z trudem Michał złapał kolejne auto. Niestety kierowca, skręcał Lubljany i wysadził go na środku autostrady... - Po 10 km spaceru, zatrzymała mnie na granicy postawionej na autostradzie policja, której początkowo chciałem sam zapytać co mam dalej zrobić... Droga do granicy była wielkim dramatem dla Michała, który został bardzo pogryziony przez wszechobecne komary.

- Po dotarciu na granicę, było już prawie ciemno. Widząc policję przy granicy, a nie do końca wiedząc że Chorwacja nie jest w Schengen, postanowiłem, że przejdę bokiem. Niestety z opłakanym skutkiem, ponieważ policjantka dopatrzyła mnie i zaczęła wrzeszczeć „Imigranto!, Imigranto!” No dobra, przecież uciekanie będzie nie zbyt dobrym rozwiązaniem pomyślałem, udając się z miną zwieszonego psa w kierunku posterunku policji. Po godzinnym przetrzymaniu mnie na posterunku i nie wiedzieć czemu pełnej kontroli bagażu i dokumentów, policjant wskazał na drzwi wyjściowe i kazał udać się w kierunku stacji.

Noc spędził Michał w namiocie na stacji benzynowej, obok dystrybutora. Tam spotkał młodych Polaków, którzy wracali z Chorwacji. - Michał i Malwina, młodzi i sympatyczni podróżnicy z Polski północnej, byli moimi towarzyszami do samego rana. Siedząc na stacji, wymieniliśmy się bardzo wieloma spostrzeżeniami, i doświadczeniami z drogi, jednocześnie pokazując sobie zdjęcia i spędzając miło czas.

Michał podkreśla, że Chorwacja przyjęła go miło. Z naleśnikami podjechał nawet pewien gość, który wyjaśnił, że często podwozi jedzenie koczującym tu Polakom, a w zamian czasem ma okazję napić się polskiego piwa... - Po wspaniale spędzonym wspólnie czasie, spotkaliśmy jeszcze także podróżującą parę ze Skandynawii, udającą się do Zagrzebia.

Do Zagrzebia dowiózł Michała kierowca tira Stefan, sam zresztą mieszkaniec Zagrzebia. Michał zamieszkał tam u Ante, który pokazał mu miasto.

- Moje pierwsze wrażenia z Zagrzebia? Pełno orzechów! Wszędzie! Masa drzew z orzechami rośnie tutaj praktycznie na każdej ulicy, a z racji na rozpoczynającą się jesień, pełno z nich zakrywa chodniki powodując, że małe uliczki zmieniają kolor od ogromnych ilości leżących tutaj orzechów. Zagrzeb poza tym, jest całkowicie inny niż Budapeszt. Skromniejszy parlament, nie pokazuje już takiego przepychu, który widać w Budapeszcie, jednak kolorowe uliczki i sporo młodych ludzi, ma na sobie coś z motywem flagi Chorwacji czerwono- białek szachownicy. Po części przez chwilę czułem się jak w Barcelonie, gdzie dumni Katalończycy na każdym kroku podkreślają swój region w którym mieszkają. Miasto miłe, czyste, bardzo ciepłe nawet późno w nocy. Jest tutaj bezpiecznie i bynajmniej ciężko jest w tym miejscu czuć się źle. W Zagrzebiu istnieje muzeum złamanych związków, gdzie każdy kto ma wyjątkową historię swojej nieszczęśliwej i niespełnionej miłości, może zostawić jakiś atrybut związany z zakończonym związkiem.

Z Zagrzebia Michał ruszył do Splitu. W ciągu tygodnia Michał pokonał „stopem” 1252 km odwiedzając 3 państwa oraz będąc na granicy 2 kolejnych. - Jeżeli chodzi o podróż pieszo to przez ostatnie dni nabiłem w nogi 155 km i 17 metrów z 15 kg plecakiem, dostając z wrażenia gigantycznych odcisków na stopach! Jest pięknie!

W niedzielę 11września Michał był już w Splicie. - Piękne i gorące miejsce przywitało mnie burzą, która wróciła w nocy z taką siłą, że prawie umarłem ze strachu w namiocie przy plaży. Dzisiaj jest pięknie. Adriatyk ciepły, a ja zmierzam do Makarskiej!

Wczoraj Michał zapewnił, że jedzie do Mostaru. Potwierdziła to jego mama Halina.

Dalsze losy Michała Ściłowicza już wkrótce. Jego podróż będziemy relacjonowac na bieżąco. Warto też zaglądać na jego blog -  Tutaj. lub na FB.