WSPOMNIENIE. W Szpitalu Miejskim Specjalistycznym im. Gabriela Narutowicza 17 września 2016 r. w wieku 94 lat zmarł franciszkanin o. Wojciech Gryguś – imię zakonne Paschalis z Krempach. Wielce zasłużony kapłanP4 ze Spisza, o bogatym życiorysie, który nigdy nie zapomniał skąd pochodził, potrafił łączyć, a nie dzielić.

Gdy w rocznicę 55. lat w kapłaństwie udzielał mi wywiadu, powiedział: – Tak mi się los życiowy układał, aby mi nie udaremnić zrealizowania powołania kapłańskiego. Było ono wolą Bożą, więc je zrealizowałem. Wojciech Gryguś uczył się w szkole polskiej, ale starsza o siedem lat siostra uczęszczała jeszcze do szkoły słowackiej, a rodzice do węgP3P1P2ierskiej. Do tego, że został zakonnikiem, najbardziej przyczyniła się Mieczysława Faryniak, mieszkająca w Dursztynie, w pustelni na Skałce. - Rodziców nie było stać na edukację. Z ojcem nie miałem wtedy kontaktu, miałem 17 miesięcy, jak wyjechał do Ameryki, umarł w 1951, pochowany w Chicago, a ja na kapłana zostałem wyświęcony w 1953. Nie pamiętam dziadków ani z jednej, ani z drugiej strony, wszyscy pomarli, zanim się urodziłem. Matka żyła do 60. roku, też niedługo, spoczywa w Krempachach, niejedno przeżyła i dużo pracowała – wspominał.

Z ojcem nawiązał kontakt dopiero po wojnie, w 1945. Jak dowiedział się, że syn podjął naukę w seminarium, przysłał mu strój zakonny, ornat i pieniądze na uroczystość wyświęcenia. Wojciech Gryguś powołanie nosił w sobie od samego początku, było ono też konsekwencją doznanych wcześniej łask. Mając siedem lat zachorował ciężko, zdawało się wszystkim, że nie przeżyje, matka nawet przygotowała białą bieliznę, aby godnie go pochować. W wieku 15-16 lat łupał kamień na budowę domu brata, został przysypany ziemią i kamieniami. – Jakub i Walenty Gielata pewni byli, że znalazłem się pod gruzem. Brat Andrzej zdążył przyciągnąć mnie ku sobie, ostatni kamień spadł mi na wielki palec u nogi kalecząc tak, że został mi na pamiątkę bez paznokcia – wspominał.

W czasie wojny jego jednostka była przez osiem dni pod ostrzałem. Schronił się pod drzewem, który wyglądem przypominał parasol, posłuchał wewnętrznego głosu: „uciekaj, uciekaj”, zdążył odbiec parę metrów, gdy za chwilę wybuchł pocisk i po drzewie nie został nawet ślad. Innym razem w pobliżu pola ze zbożem poczuł potrzebę położenia się, gdy to uczynił ostrzał maszynowy „kosił” kłosy zboża nad nim, nie czyniąc mu krzywdy. Podobnie było, gdy zahaczył butem o drut, pochylił się nad miedzą, by uwolnić nogę, a nad nim rozpętała się istna burza, wysadził bowiem w powietrze pole minowe.

Na Skałkę do Mieczysławy Faryniak trafił, gdy zapragnął mieć taką samą szopkę, jak jego kolega. Uczyła go jazdy na nartach, języka niemieckiego, a przede wszystkim religii. – Na Skałce byłem przed wojskiem, w latach 1935-36 kontaktowałem się z panią Mieczysławą, a potem tam zamieszkałem. Mnie z domu nie chcieli puścić, ale uprosiła i zostałem.

W 1939 Spisz zajęły wojska słowackie i podczas poboru, nie mając wyjścia, trafił do jednostki piechoty. Nie dosłużył się żadnego stopnia, bo miał jedynie wykształcenie podstawowe. Służył w jednostce desantowej, skakał na spadochronie z samolotu. Długo nie powalczył, jego jednostka była jeden dzień na froncie pod Krosnem, gdzie została rozbita. To był zarazem jego ostatni dzień w wojsku słowackim, wszyscy w tę jedną noc gremialnie przeszli na drugą stronę do armii czechosłowackiej. On jednak wrócił na Skałkę! – Czułem się Polakiem, co ja miałem walczyć dla Słowaków? Musiałem się ukrywać, aż przyszli policjanci polscy objąć władzę w Dursztynie. Wtedy wyszedłem z ukrycia – wspominał.

Wojciech Gryguś – opowiadał też o jaskini, w której mieszkała Mieczysława Faryniak, okazuje się, że wraz z innym gospodarzem kuł w środku groty poszerzając wnętrze, by można było w niej zamieszkać.

Ze Skałki do seminarium droga była daleka. – Poszedłem do księdza w Dursztynie, znał mnie dobrze, służyłem do mszy, jak powiedziałem, że pani Mieczysława nie chce, bym poszedł na studia, bo uważa, iż mój wiek już przeszedł, porozmawiał z nią i odtąd nie była przeciwna. Poszła do Nowego Targu, znalazła mi mieszkanie u wdowy, u której zamieszkałem w zamian za pomoc przy gospodarstwie. Jak się dowiedziała, że jest internat, wystarała się, bym w nim zamieszkał – opowiadał.

W Liceum Ogólnokształcącym im. Goszczyńskiego najpierw zdał małą maturę, a w dwa lata później dużą. Zaraz po szkole dostał się do seminarium oo. Franciszkanów w Kętach, w mieście tym urodziła się pani Mieczysława, cieszyła się, że tu odbędzie nowicjat. Po roku złożył śluby czasowe (1948) i zaraz trafił na studia do Krakowa, był jedynym studentem na roku, więcej kleryków nie było. - Wyświęcony zostałem rok wcześniej niż powinienem, chcieli mnie szybko zrobić diakonem, ponieważ przez długi czas nie było powołań. Już jako kapłan musiałem ten rok uzupełnić – wspominał. Chciał mieć imię zakonne Stanisław albo Alojzy, ale zaproponowano mu Paschalis. Ten święty był pastuchem, miał wielkie nabożeństwo do Najświętszego Sakramentu, szkół nie miał, uczył się od ludzi, którzy przychodzili do niego, jak pasał bydło, więc w zakonie usłyszał: „tobie będzie pasować, w starszym wieku jesteś, też byłeś rolnikiem i pasałeś”. I tak został ojcem Paschalisem.

Krótko pracował w Przemyślu, potem w Brodnicy, ale od 1947 starał się o wyjazd do Ameryki, bezskutecznie, dopiero po interwencji siostry pani Mieczysławy ze Skałki udało mu się wyjechać. Jeszcze wtedy nie wiedział, że pozostanie tam do emerytury. Tak mówił o swoich pierwszych krokach w Ameryce: – Z początku mało zarabiałem, ledwo na utrzymanie, dostałem się na słowacką parafię św. Szymona Apostoła w Chicago, po słowacku umiałem, chętnie mnie przyjęli i trzy lata głosiłem kazania.

Potem znów musiał szukać pracy, nastał kard. Jonh Patrick Cody i wszystkich księży Polaków wydalił z Chicago. Z pomocą innego biskupa pochodzenia słowackiego trafił do parafii św. Stanisława Kostki, ale po roku musiał ją opuścić, bo słabo znał jeszcze angielski. Ponownie tenże biskup skierował go do parafii św. Stanisława Biskupa; po latach wspominał, że tam był dobry proboszcz, przyjął go i pracował u niego całe 24 lata. Posługiwał po polsku, a z czasem po angielsku. Później były jeszcze inne parafie.
W Chicago założył Klub Spiszaków. – Orawiacy mieli swój klub, byłem nawet wicekapelanem orawskiego klubu „Babia Góra”. Na wzór orawskiego zakładałem spiski. Konstytucję napisałem, w której było, że na zebraniu każdy może mówić jakim chce językiem lub gwarą. Po pięciu latach klub rozpadł się, ze smutkiem o tym wspominał, że słowacko-polskie problemy ze Spisza przeniosły się do Ameryki i tu znalazły swoje ujście.

Po 55 latach pobytu w Stanach powrócił do kraju, wcześniej zaledwie trzy razy przyjeżdżał na wakacje, pierwszy raz po 24 latach. W konsulacie w Chicago odmawiali i nie chcieli wydać paszportu, wszystko zmieniło się po Okrągłym Stole, wspominał: – Wyjechałem w najgorszych czasach stalinowskich, rzeczywiście wróciłem do wolnej Polski. A z panią Mieczysławą spotkałem się jeszcze tylko raz w Nowym Sączu, bardzo miłe to było spotkanie. Przyjechałem do kraju akurat, jak był wybuch w Czarnobylu.
Po powrocie do kraju na stałe zaproponowano mu pracę w Dursztynie, ale nie przyjął, bo miejscowość leżała za wysoko, i źle się tam czuł, powiedział że w Krempachach lepiej się mu oddychało. Z Krakowa przyjeżdżał, jak tylko zdrowie pozwalało. Wtedy pomagał proboszczowi. – Tylko msze św. odprawiam, to najważniejsze dla kapłana, starzy księża już nie muszą kazań mówić, spowiadać jest mi trudno, bo nie dosłyszę – mówił z żalem w głosie. – Bardzo się jednak cieszę, że tak mi się życie ułożyło. Chciałem być kapłanem, nie miałem warunków, a jednak zostałem. Gdybym się jeszcze raz narodził, to inaczej bym nie zrobił, tylko tak samo wybrałbym stan kapłański.

W kościele św. Walentego w Krempachach uroczystości pogrzebowe rozpoczną się w piątek 23 września o godz. 13:00.

Ryszard M. Remiszewski