1.	Samoloty Lublin R X a na lotnisku fabrycznym. Jeden z nich rozbił się pod Frydmanem. Zbiory NACSPISZ. Mało znanym epizodem w historii naszego regionu jest katastrofa lotnicza jaka wydarzyła się w lipcu 1930 r. pod Frydmanem. Jakkolwiek w jej wyniku nikt nie zginął, to jednak warta jest ona odnotowania. Przemawia za tym choćby fakt, iż zniszczeniu uległ „eksperymentalny" samolot wojskowy typu Lublin R. X a. Został on wyprodukowany w niewielkiej, liczącej zaledwie 7 egz. serii informacyjnej. Ponadto, za jego sterami zasiadał znany i ceniony pilot komunikacyjny, który podczas przewrotu majowego w 1926 r. przewoził pocztę specjalną dla gen. Władysława Sikorskiego z Warszawy do Lwowa.

Na Spiszu pamięć o tym lotniczym epizodzie nadal jest żywa.2.	Załoga samolotu ubrana była w drelichowe kombinezony. Zbiory PTH Nowy Targ Do dziś bowiem żyją jeszcze świadkowie, którzy doskonale pamiętają wydarzenia sprzed z górą osiemdziesięciu lat i chętnie się nimi dzielą. Natomiast dla mieszkańców regionu, tudzież środowiska miłośników oraz pasjonatów lotnictwa temat ten jest niemal zupełnie nieznany. Warto go więc ponownie przypomnieć, tym bardziej, że zbliża się jego kolejna rocznica.3.	Wrak rozbitego samolotu. Na kadłubie widoczne charakterystyczne godło eskadry. Zbiory T. Balary

* * *

W czwartkowy poranek 10 lipca 1930 r. na lotnisku wojskowym Skniłów pod Lwowem mechanicy przygotowywali samolot do zaplanowanego na ten dzień lotu służbowego. Zakończyli tankowanie kilkudziesięciu litrów paliwa lotniczego do jego skrzydłowych zbiorników. Pomalowana na kolor khaki maszyna z biało-czerwonymi szachownicami na skrzydłach, znajdowała się od niespełna kilku miesięcy na stanie 63. Eskadry Towarzyszącej. Owym samolotem był Lublin R X a, konstrukcji inż. Jerzego Rudlickiego, wyprodukowany w Zakładach Mechanicznych Plage i Laśkiewicz. Jednosilnikowy, górnopłat kryty płótnem był nową konstrukcją, która w eskadrze poddana była próbom eksploatacyjnym i porównawczym.4.	Maszyna uległa całkowitemu zniszczeniu. Przed wrakiem stoi ks. Stefan Andruszowski. Zbiory T. Balary5.	Mapka Frydmana z przebiegiem ostatniego fragmentu lotu samolotu oraz miejscem jego katastrofy. Opr. R. KowalskiW miejscu katastrofy po osiemdziesięciu latach. W tle widoczna kaplica cmentarna. Fot. R. Kowalski7.	  Końcówka śmigła samolotu Lublin R. X a. Jedyny zachowany fragment tej maszyn. Foto. R. Kowalski

Do stojącej na pasie startowym maszyny, ozdobionej na kadłubie godłem eskadry - zielonym kwadratem wpisany weń zielonym prostokątem, podeszło dwóch lotników ubranych w drelichowe kombinezony. Odebrali od stających na baczność mechaników raport o jej aktualnym stanie technicznym. Pilot obszedł ją dookoła sprawdzając poszczególne elementy konstrukcji, zwracając szczególną uwagę na cięgna sterów i lotek. Po krótkiej kontroli obaj lotnicy założyli przy pomocy mechaników spadochrony a następnie wspięli się do środka samolotu. Za sterami w pierwszej kabinie zasiadł ppor. rez. pil. Tadeusz Dmoszyński. Był on jednym z najlepszych pilotów pracujących w Polskich Liniach Lotniczych „Lot". Na swym koncie miał ponad 100 tys. kilometrów, prowadząc maszyny komunikacyjne. W drugiej, tylnej kabinie zajął miejsce por. rez. obs. Lucjusz Bronisław Iwiński, uczestnik wojny polsko-rosyjskiej 1920 r. Obaj piloci w eskadrze odbywali kilkutygodniowe szkolenie dla oficerów rezerwy. Lot na Podhale był jednym z wielu jakie dotychczas wykonali.

Po przypięciu się do fotela pasami pilot rozpoczął procedurę uruchamiania silnika. Chwilę później można było usłyszeć kilkukrotne „kichnięcie". Z rur wydechowych wystrzelił duży biały obłok spalin. Dwułopatowe drewniane śmigło zaczęło powoli się obrać. Za kilka sekund od strony samolotu dobiegał już warkot pracującego na wolnych obrotach silnika. Maszyna drgnęła i potoczyła się po trawiastym pasie kołując na start. Głośny ryk pracującego na maksymalnych obrotach motoru oznajmił, że samolot rozpoczyna rozbieg. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów i nabraniu odpowiedniej prędkości pilot ściągnął drążek sterowy na siebie i maszyna delikatnie oderwałz się od ziemi rozpoczynając wznoszenie. Po nabraniu odpowiedniej wysokości pilot okrążył lotnisko i skierował samolot na zachód.

* * *

Tego dnia załoga miała wykonać rutynowy przelot ze Lwowa po trasie przez Krosno – Nowy Sącz do Nowego Targu, gdzie stacjonowała ich macierzysta eskadra. Jej załogi odbywały tam loty szkolne oraz współpracowały z jednostkami piechoty i artylerii ćwiczącymi na poligonie w okolicach Czarnego Dunajca. Na Podhalu znajdował się również drugi z „Lublinów" będący na stanie eskadry.
Początkowo lot odbywał się bez zakłóceń. W okolicach Krosna pilot po raz pierwszy odnotował niepokojące odgłosy w pracy silnika. Wydawały się one jednak bez znaczenia, tym bardziej, że po chwili całkowicie umilkły. Zapewne dlatego doświadczony pilot komunikacyjny kontynuował lot po wcześniej zaplanowanej trasie.

Ponownie nieokreślony stukot dobiegający z silnika pojawił się nad Nowym Sączem, lecz również tym razem pilot zignorował ostrzeżenie i postanowił lecieć dalej. Jakkolwiek począł baczniej monitorować wskazania przyrządów i pracę motoru. Poinformował jednocześnie drugiego członka załogi o prawdopodobnej usterce. Problemy z silnikiem wbrew oczekiwaniom nie ustały, wręcz przeciwnie zaczęły gwałtownie narastać. Z uwagi jednak, iż lotnisko w Nowym Targu znajdowało się już stosunkowo niedaleko, jak sam stwierdził później, uczynił wszystko, aby utrzymać się w powietrzu. Niestety, decyzja o kontynuowaniu lotu z uszkodzonym silnikiem okazała się być brzemienna w skutkach.

W pobliżu Niedzicy na Spiszu silnik nagle całkowicie zdał obroty, stracił moc w wyniku czego samolot zaczął systematycznie tracić wysokość. Po pokonaniu niespełna kilku kilometrów pilot został zmuszony nad Maniowami do podjęcia decyzji o natychmiastowym awaryjnym lądowaniu w terenie przygodnym. Z wysokości kilkudziesięciu metrów wybrał długą płaską łąkę nad Dunajcem w pobliżu miejscowości Frydman. Nad przyszłym lądowiskiem zdołał jeszcze wykonać szeroki zakręt, ustawiając samolot pod wiatr i z kierunku zachodniego rozpoczął podejście do lądowania.

W tym samym czasie w pobliżu miejsca, gdzie za moment miał wylądować uszkodzony samolot znajdowała się Elżbieta Kuternia, wówczas sześcioletnia dziewczynka. Wydarzenie jakiego za chwilę miała być świadkiem, na trwale zapisało się w jej pamięci. Tak opisała ostatnie dramatyczne chwile wojskowego samolotu:

Było to jakoś popołudniu, gdy naraz usłyszeliśmy odgłos samolotu. Leciał od strony Maniów w kierunku na Frydman. Wielu mieszkańców w tym samym czasie spostrzegło lecącą maszynę. Uwagę naszą zwrócił jednak fakt, iż tak jakoś dziwnie się ona trzęsła, pochylała to w jedną to w drugą stronę i powoli się obniżała. Obserwując ten dramatyczny lot bardzo się baliśmy, aby niesprawny samolot nie upadł czasami na wioskę, powodując zniszczenia, pożar a nawet śmierć niewinnych ludzi. Samolot skierował się na szczęście na łąkę i leciał coraz niżej i niżej, aż w końcu zahaczył o stojącą nad rzeczką wierzbę i roztrzaskał się o ziemię.

Samolot po przyziemieniu z dużą prędkością potoczył się po łące wprost na samotną wierzbę. Mimo wysiłków pilot nie zdołał ominąć stojącego na skraju „lądowiska" drzewa, w które uderzył z ogromną siłą. Energia musiała być duża, bowiem w tym samym momencie od kadłuba oderwał się silnik. Potoczył i ostatecznie zastygł w odległości około 30 metrów od wraku. Przód kadłuba został całkowicie zmiażdżony niemal do kabiny załogi. Zniszczone zostało również drewniane podwozie. Wsporniki podtrzymujące skrzydła zostały wyłamane, w wyniku silnego uderzenia i gwałtownego zatrzymania maszyny. Lewy płat znalazł się na drzewie a końcówka dotykała ziemi. Prawy płat został oderwany i leżał na łące. Z obu uszkodzonych zbiorników skrzydłowych poczęło wyciekać paliwo lotnicze. Miejsce katastrofy wyglądało porażająco, połamana sklejka, podarte płótno, zmiażdżona kratownica i łoże silnika. Na pierwszy rzut oka z tego wypadku załoga nie mogła ujść z życiem. A jednak, lotnicy mieli sporo szczęścia i katastrofę przeżyli.

* * *

Miejscem ostatniego lądowania okazały się łąki należące do Andrzeja Bryczki oraz Józefa Iglara. Maszyna przyziemiła na wysokości młyna Józefa Knapa, po prawej stronie kanału a ostatecznie zakończyła swój lot na wierzbie stojącej naprzeciwko kaplicy cmentarnej.
Wśród osób przybyłych na miejsce wypadku był Józef Tomaszkiewicz. Nie widział momentu wypadku, jednak doskonale zapamiętał widok jaki zastał na miejscu katastrofy. Po latach wspominał: Samolot był przełamany na dwie części. Fragment ogona i część kadłuba leżała na ziemi, natomiast skrzydła wisiały jeszcze na wierzbie. On próbował jeszcze zrobić jakiś nawrót, ale mu się nieudało. Wyminął jedną wierzbę, drugiej już nie zdołał..

Jednym z pierwszych, którzy zjawili się na miejscu katastrofy był Mirga, miejscowy kowal. Jego kuźnia znajdowała się nieopodal miejsca wypadku tuż przy murze cmentarnym. Bardzo szybko podjął akcję ratunkową, starając się wyciągnąć rannych lotników z rozbitego wraku. Pośpiech był jak najbardziej wskazany, gdyż zachodziła uzasadniona obawa, że samolot mógł w każdej chwili wybuchnąć i się zapalić. Czuć było zapach rozlanej lotniczej nafty. Z rozbitej maszyny i leżącego dalej silnika wydobywał się dym. Przybyli na miejsce katastrofy mieszkańcy a później także strażacy polewali wrak samolotu wodą czerpaną z pobliskiej młynówki.
Po uderzeniu samolotu w drzewo obaj oficerowie stracili przytomność. Odnieśli też ciężkie obrażenia, które pod wpływem ogromnych emocji początkowo się nie ujawniły. Pilot miał złamaną nogę i liczne potłuczenia, obserwator z kolei rozciętą głowę i powierzchowne otarcia. Rannym fachowej pierwszej pomocy udzielili strażacy z ks. dziekanem Stefanem Andruszowskim na czele. W akcji ratunkowej aktywny udział wzięli także Państwo Hellerowie, dyrektorostwo Państwowej Szkoły Zawodowej Żeńskiej w Krakowie, przebywające na Spiszu na letnim wypoczynku.

Obaj lotnicy po wyciągnięciu z wraku odzyskali przytomność. Pomimo odniesionych ran ppor. Dmoszyński był świadom całej zaistniałej sytuacji. Zdenerwowany palił jeden papieros za drugim. W trakcie krótkiej rozmowy oświadczył, co skrzętnie odnotował Michał Balara, że najchętniej by pojechał samolotem do szpitala w Warszawie. Z kolei korespondent krakowskiego „Ilustrowanego Kuriera Codziennego", po kilku dniach od wypadku, uzyskał relację drugiego członka załogi, którą opublikował na łamach dziennika. Por obs. Iwiński wspominał w niej o potencjalnych przyczynach katastrofy. W artykule można przeczytać: Jak z opowiadania ppor. Niwińskiego [powinno być: Iwińskiego, przyp. RK] dowiadujemy się, gdyby nie przypadek, tak zrządził, że samolot już po wylądowaniu uderzył w drzewo, które pilot nie zdołał wyminąć, wyszliby z katastrofy cało, bez najmniejszego uszkodzenia samolotu, gdyż teren, wybrany do lądowania, był równy i dostatecznie długi.

Bardzo szybko do rannych sprowadzono lekarza a później karetkę z nieodległego Nowego Targu. Obrażenia pilota okazały się jednak poważniejsze niż początkowo sądzono, dlatego niezwłocznie przetransportowano go karetką do Szpitala Powiatowego. Mimo, iż stan obserwatora był zdecydowanie lepszy, to jednak po założeniu opatrunków również on odjechał samochodem wojskowym na profilaktyczne badania.

* * *

Teren katastrofy zabezpieczyła Ochotnicza Straż Pożarna, wojsko oraz miejscowi funkcjonariusze Policji Państwowej. Wrak rozbitej maszyny wzbudzał ogromne zainteresowanie miejscowej ludności, szczególnie jej męskiej części. Po niespełna dwóch dniach wrak samolotu załadowano na ciężarówkę i odwieziono do Nowego Targu. Tutaj przeładowano na platformę kolejową i wywieziono w bliżej nieznanym kierunku.

Stan zdrowia obu lotników stał się oczkiem w głowie zarówno personelu nowotarskiego szpitala, jak również służb medycznych 2. Pułku Lotniczego w Krakowie. Do Nowego Targu udał się w sobotę 12 lipca 1930 r. płk dr Wojciech Rec chirurg szpitala okręgowego w Krakowie. Wysłany został również samolot sanitarny Hanriot H-28 S, na którego pokładzie znajdował się mjr dr lek. Kazimierz Michalik naczelny lekarz 2 Pułku Lotniczego. Obaj oficerowie spotkali się z dr Tadeuszem Krupińskim, kierującym Szpitalem Powiatowym w zastępstwie dra Wilhelma Türschmida przebywającym na urlopie. Z informacji jakie uzyskali wynikało, iż stan zdrowia ppor. rez. Tadeusza Dmoszyńskiego był bardzo poważny. Doznał szeregu urazów, miał złamaną podstawę czaszki, wstrząs mózgu i skomplikowane złamanie prawej nogi. Oficer, który jeszcze w piątek był przytomny w sobotę rano utracił przytomność. W związku z powyższym jego transport samolotem sanitarnym do Krakowa był absolutnie niemożliwy. Podjęto zatem decyzję o pozostawieni pilota w Nowym Targu pod opieką miejscowych lekarzy. Stan zdrowia drugiego członka załogi ppor. rez. obs. Lucjusza Iwińskiego był zdecydowanie lepszy. Odniósł on stosunkowo niewielkie obrażania tj. ogólne potłuczenia i powierzchowne rany skóry głowy. Mimo to przetransportowano go do Krakowa na pokładzie samolotu sanitarnego.

* * *

O katastrofie lotniczej we Frydmanie informowały lokalne i regionalne media ale również stołeczna prasa. W niedzielnym numerze „Kuriera Warszawskiego", opublikowano artykuł nt. wypadku podkreślając, iż uczestniczył w nim ceniony w środowisku etatowy pilot PLL „Lot". Dzień później, w poniedziałek 14 lipca 1930 r. wydrukowano depeszę informującą o jego stanie zdrowia: Stan ofiary sobotniej katastrofy podpor. rezerwy Tadeusza Dmoszyńskiego jest bardzo poważny z powodu złamania podstawy czaszki i załamania prawej nogi.
Postępy w leczeniu rannego pilota pozostawały także pod stałą obserwacją dziennikarzy z „IKC". Niemal na bieżąco informowali oni o postępach leczenia. Tydzień po katastrofie dziennik opublikował na swoich łamach optymistyczną informację: Jak donoszą z Nowego Targu, stan zdrowia por. pil. Dmoszyńskiego, który jak donosiliśmy, uległ katastrofie w ubiegłym tygodniu, a obecnie przebywa w Nowym Targu, nastąpiła częściowa poprawa. Chory w dniu wczorajszym zaczął odzyskiwać przytomność i istnieje nadzieja utrzymania go przy życiu.

Kilka dni później „IKC" zamieścił kolejną obszerną relację o stanie zdrowia pilota. W poniedziałkowym numerze czytelnicy mogli przeczytać: Jak się dowiadujemy od naczelnego lekarza 2 pułku lotniczego w Krakowie, w stanie zdrowia por. pil. rez. Dmoszyńskiego Tadeusza, pozostającego w szpitalu powszechnym w Nowym Targu, nastąpiła znaczna poprawa. Dzięki uprzejmości dyrekcji kolei w Krakowie, chory został w piątek przewieziony specjalnym wagonem sanitarnym pod opieką kpt. dr Michalika do Krakowa i umieszczony w szpitalu okręgowym wojskowym, gdzie pułk. dr Rec zajmie się dalszym leczeniem skomplikowanego złamania nogi. Jest nadzieja, że mimo ciężkiego wypadku i bardzo znacznych obrażeń, por. pil. Dmoszyński wróci do pełnego zdrowia.

* * *

Mimo poważnych obrażeń jakich ppor. pil. Dmoszyński doznał podczas wypadku, stosunkowo szybko odzyskał sprawność i powrócił do czynnego latania. Nadal pracował w PLL „Lot", pilotując dwusilnikowe samoloty pasażerskie na międzynarodowych trasach, latając m.in. do Palestyny. Niestety, kilka lat później jesienią 1937 r. zginął w katastrofie samolotu komunikacyjnego. Drugi członek załogi por. obs. Iwiński także powrócił do zdrowia i pozostawał w dyspozycji Dowództwa Lotnictwa. Zmarł w Warszawie w 1975 r.

* * *

Od tamtych dramatycznych wydarzeń minęło już ponad osiemdziesiąt lat. W terenie próżno szukać trwałych śladów mających związek z wypadkiem lotniczym jaki tutaj miał miejsce. W wyniku budowy zapory na Dunajcu bardzo mocno zniekształcony został krajobraz i dziś zupełnie nie przypomina on tego, który widzieli lotnicy podchodzący do lądowania. Pozostały jednak cmentarz parafialny, fundamenty Mirgowej kuźni oraz resztki młyna z fragmentem młynówki. Pozwala to jednak dość dokładnie wskazać miejsce katastrofy. Ale to nie wszystko. W rodzinnych zbiorach Eugeniusza Iglara przetrwała niezwykła pamiątka, traktowana dziś jak swego rodzaju relikwia. Jest nim końcówka drewnianego śmigła wraz z metalowym okuciem. Odnaleziony przez jego dziadka Józefa Iglara na polu fragment dotrwał do czasów nam współczesnych i jak się wydaje jest obecnie jedynym w Polsce elementem samolotu Lublin R. X a.

Na Podhalu, Spiszu i Orawie miało miejsce wiele wydarzeń i epizodów lotniczych. Niektóre z nich zostały przez historyków dokładnie przebadane i opisane. Szereg jednak nadal czeka na swego odkrywcę. Historia „Lublina" z Frydmana jest jedną z takich, która po kilku latach pracy archiwalnej i terenowej znalazła swój szczęśliwy finał i dziś stanowi ciekawy przyczynek do bogatej tradycji lotniczej naszego regionu.

Szczegółowa bibliografia patrz: R. Kowalski, Nieznana historia polskich skrzydeł. Katastrofa lotnicza we Frydmanie [w:] Z dziejów Frydmana, Kraków – Frydman 2012, s. 93-128; Archiwum OSP we Frydmanie; Archiwum Polskiego Towarzystwa Historycznego w Nowym Targu – relacje i wywiady; „Gazeta Podhalańska", „Ilustrowany Kurier Codzienny", „Kurier Warszawskie";

Zdjęcia ze zbiorów: T. Balary, R. Kowalskiego, PTH o/Nowy Targ, NAC,