Spektakl był znakomity Fot. Anna Szopińska NOWY TARG. Takich atrakcji, jak przez wtorek i środę na miasteczku komunikacyjnym i w cyrkowym namiocie przy Zespole Szkół Technicznych, dzieci i rodzice życzyliby sobie przynajmniej raz na tydzień, przez całe wakacje. Ale nie wszyscy weszli do namiotu... Żal w dziecięcych oczach był ogromny...

Błękitna Wróżka Fot. Anna Szopińska Zainteresowanie Widownia - pełna Fot. Anna Szopińska profesjonalnym Raz na dachu... Fot. Anna Szopińska programem finansowanym ...raz na drabinie Fot. Anna Szopińska przez ministerstwoZnalazł się i Pinokio Fot. Anna Szopińska kultury i dziedzictwa Asysta Wróżki Fot. Anna Szopińska narodowego było nadspodziewanie duże, cyrkowy namiot we wtorkowy wieczór wypełnił się do ostatnich miejsc. Cześć widowni siedziała na ziemi.

Aktorska trupa z Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego dowiodła, że twórczość dla dzieci może być sztuką wysoką. Widowisko „Gdzie jest Pinokio?" łączyło elementy klasycznego teatru, teatru ulicznego, cyrkowych popisów, muzycznego spektaklu. Było zabawne i dynamiczne, z wartką akcją. Bajkowa fabuła przenikała się z realnością. Dzieciaki patrzyły i słuchały z otwartymi buziami. A aktorzy zapraszali na ten spektakl z takim poświęceniem, że Błękitna Wróżka - po kontuzji - musiała potem wystąpić w kołnierzu Szanca... Wszystko ruszało się, zmieniało, bohaterowie spektaklu skakali, biegali, tańczyli, nie straszne im były wysokości dachu ani drabiny. Klaun cały czas poruszał się na szczudłach.

Problemem stała się tylko jedna kwestia techniczna. Wejście do namiotu było tylko jedno - przez uniesioną płachtę. Po rozpoczęciu spektaklu obsługa nie chciała już nikogo wpuścić do środka. Ze zrozumiałych zresztą względów – to samo wejście było jedyną droga, przez którą wybiegali na zewnątrz aktorzy, wyjeżdżał wózek z lodami. Dlatego nikt nie powinien stać w przejściu ani tamtędy przechodzić podczas scenicznej akcji. Tego też pilnowała obsługa.

Tymczasem najmłodsza widownia ma swoje prawa – któreś dziecko się rozpłacze, któreś chce siusiu. I trzeba było wyjść, wynieść pociechę na rękach. Ruch więc mimo wszystko się odbywał, choć nie powinien. Co na pewno przeszkadzało aktorom.

Ale najgorzej, gdy dzieci miały obiecany fantastyczny spektakl, a mamusia czy tatuś nie zdążyli ich dowieźć na czas. Bo do namiotu już nie weszli... Dorosły by zrozumiał, a u dziecka – tylko żal i łzy w oczach. Nie mniej rozżalona była z tego powodu np. mama dwójki dzieciaków, dotarłszy z nimi pół godziny po rozpoczęciu widowiska. Ból był tym większy, że nie dało się nawet stanąć przy płachcie i posłuchać.
Rozwiązaniem problemu byłby drugi otwór w namiocie, nie kolidujący z ruchami aktorów, przez który jedni mogliby – odpowiednio dyskretnie oczywiście – wchodzić, a drudzy wychodzić. Ot, tak sugestia na przyszłość, choć trasa teatralno-warsztatowego projektu już się kończy.