Skarb Inków

To wyzwanie dla recenzenta, pomyślałem biorąc do ręki nową książkę. Nie powiedziałem – trudne zadanie, bo z takim spotykam się częściej. Czym jest „Skarb Inków”? Opasłą książką? – nie. Książeczką? - nie, bo w niczym jej nie przypomina. Zatem jednak jest książką, na pewno z definicji, ale każdy kto weźmie ją do ręki zastanowi się nad nią.

Zacząłem wywód, a nie napisałem dlaczego. Otóż, książka jest kwadratowa. Nic takiego, bywają takie na rynku księgarskim, tylko że tym razem mam do czynienia z formatem 295 x 295, uściślę zadrukowanej składki, bo twarda okładka jest o 5 mm większa. Jaki jest więc charakter publikacji? Książka jest dla młodych, nawet dla tych z roczników „poczytaj mi mamo”. Dla masowego odbiorcy książki wydawane są w praktycznym standardowym formacie. Jeżeli tak nie jest to mają inne zadanie. Nasz „Skarb Inków” nie nadaje się do noszenia, bo praktycznie w jakiej torbie się zmieści, czyli jest przeznaczona na półkę. Z tym też może być problem, raczej będzie wystawać. Wiemy już, że nie jest praktyczna, ale za to… efektowna! I jak wydana, a po nasyceniu oczu – chce się czytać. Zatem w nieszablonowy sposób wabi czytelnika.

Zwróciłem uwagę na jej projekt graficzny, jaki jest to już świadczy o sposobie jej ukazania. Koncepcja książki obejmuje nie tylko łamanie i skład, także typografię, okładkę, dobór papieru, kompozycję, format, tudzież klejenie, czyli te wszystkie elementy projektu książki, który składa się na jej wizerunek i decyduje o tym, czy czytelnik zwróci na nią uwagę. I tu od razu pogratuluję Barbarze Łepkowskiej projektu książki, nie darmo takie nazwisko nosi.

Autorce Katarzynie Zarzyckiej udało się od razu na początku zaskoczyć. Tekst zaczyna się od zdania: Każda opowieść ma swój początek, a ta zaczęła się od marmolady. Mnie – w każdym razie - skarb Inków będzie odtąd się tak kojarzył. Gospodyniom domowym nie muszę tłumaczyć, ale innym już tak, że marmolada to nie dżem, ani powidła, różnica jest w konsystencji, zawartości owoców, sposobie produkcji, a tu… skarb Inków! Nie wpadłbym, że marmolada ma związek z fotografią.

- Marmolada! – krzyczała raz po raz pani Ewa, przykładając do oka aparat fotograficzny. Wszyscy uczestnicy wycieczki mieli być ustawieni razem, patrzeć na fotografującego i na trzy cztery głośno wypowiedziane: marmolada – uśmiechnięci. Od rana do wieczora pani Ewa krzyczała marmolada na tle wszystkich atrakcji, które napotykali na trasie szkolnej wycieczki, a ponieważ byli w Pieninach to z widokiem Trzech Koron w tle, na koronie zapory, na pokładzie statku pływającego po Jeziorze Czorsztyńskim, na flisackiej tratwie w Przełomie Dunajca, nawet w towarzystwie chłopaka przebranego za wielkiego białego misia z napisem Szczawnica na brzuchu.

Nie dziwię się, że jeden z uczestników wycieczki miał nocne koszmary. Śniło mu się, że goni go polarny niedźwiedź umazany krwistą mazią, on sam ucieka przed nim kajakiem po dzikiej rzece. W końcu dopada go, zdziera z głowy jedną z trzech koron i wrzeszczy: marmolada!
Na końcu wycieczki w planie był Zamek Dunajec w Niedzicy i gdy dotarli na jego dziedziniec pani Ewa wszystkich zaskoczyła, ustawiła wycieczkę na tle zamku i zamiast sławetnej marmolady, na trzy cztery mieli podskoczyć do góry i zawołać: SKARB INKÓW! Spodobało się, bo skarb Inków brzmiał o wiele lepiej niż pospolita marmolada, która wychodziła już trochę bokiem. Dlaczego pani Ewie przyszedł do głowy skarb Inków? Młodzi sami wytłumaczyli, że nie tylko ma bzika na punkcie fotografii, ale ma fioły zaczynające się na K: książki, koty i karaoke. Lubi czytać, głaskać i śpiewać, i minęła się z powołaniem marnując w szkole talent estradowy. Pani Ewa przygotowała uczniom niespodziankę, zaprosiła na zwiedzanie zamku i na wieczorne spotkanie z opowiadaczami historii, a głównym wątkiem miał być skarb Inków.

Tu kończę swoją rolę, bo nie będę przecież opowiadał treści książki. Wystarczająco zachęciłem do jej przeczytania. Na dziedzińcu działy się cuda, a fascynacja historią Inków, niedzickim kipu, duchem Uminy sięgały zenitu. To była wycieczka, która jak zdążyli się przyzwyczaić jej uczestnicy kończyła zbiorowym zdjęciem i okrzykiem na trzy cztery… Nie zgadniecie jakim, nie marmolada, nie skarb Inków, a… bulka z masłem! W sam raz, bo już najwyższy był czas na kolację.

Pozostaje pogratulować Katarzynie Zarzyckiej pomysłu na książkę, a także autorowi barwnych ilustracji Piotrowi Fąfrowiczowi, które swoją delikatnością wzbudzają zainteresowanie. Autorka uruchomiła wyobraźnię, zabawiła się słowem, przedstawiła zamotaną historię Inków na zamku Dunajec w Niedzicy. Cóż więcej trzeba? - a swoją drogą jak by treść tej książki wyglądała przedstawiona pismem węzełkowym?

Któż jest wydawcą tej oryginalnej książki? – Stowarzyszenie Historyków Sztuki i Muzeum – Zespół Zamkowy w Niedzicy przy udziale Fundacji Planerownia. Pomysł przedni!

Ryszard M. Remiszewski

Katarzyna Zarzycka: Skarb Inków, Niedzica 2019, s. 68