rabianski8

PIŁKA NOŻNA. Rozpoczynamy serię artykułów, w których przedstawiać będziemy sylwetki osób związanych i mocno identyfikowanych z podhalańską piłką nożną. Rozpoczynamy od Andrzeja Rabiańskiego, człowieka dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, jeżeli chodzi o jego ukochaną Watrę.

Początki

Urodził się w 1975 roku w Białce Tatrzańskiej… pięćdziesiąt metrów od domu w którym dzisiaj mieszka.

- Mieściła się tam wówczas porodówka. Mój rocznik był ostatnim, który tam przychodził na świat. Potem już kobiety wożono do szpitali w Zakopanem i Nowym Targu .

Jak sam mówi, w piłkę gra odkąd tylko pamięta.

- Z początku to było takie typowe podwórkowe granie. Wówczas ani w Białce, ani w najbliższej okolicy nie było klubów. Zbieraliśmy się więc na szkolnym boisku i godzinami uganialiśmy się za piłką. W wakacje do Białki przyjeżdżały kolonie. Rozegraliśmy wiele niezapomnianych meczów. Z początku chciałem być bramkarzem. Nawet mój starszy brat przygotowywał mnie do tej roli. Z czasem jednak wybrałem grę w polu, chociaż zdarzało się, że nawet w meczach 4 ligi stawałem na bramce i całkiem nieźle sobie radziłem.

Nie tylko piłka…

Piłka to nie był jedyny sport jaki młody Rabiański uprawiał. Od 1 klasy Szkoły Podstawowej był zawodnikiem AZS Zakopane w biegach narciarskich, gdzie – z sukcesami - trenował pod okiem trenerki Heleny Kuruc Zapotocznej.

- Wszystko było fajnie do 8 klasy, kiedy zaczęliśmy biegać „łyżwą”. Wtedy dał mi się we znaki wzrost. Mierzyłem wówczas tylko 151 cm. O ile w klasyku nie miało znaczenia, to w „łyżwie” już tak. Miejsca w okolicy 10 mnie nie satysfakcjonowały, więc dałem sobie spokój.

W międzyczasie miał też krótki – półroczny – epizod z hokejem.

- To był sport numer jeden na całym Podhalu. Chciałem więc spróbować. I zacząłem treningi w „Szarotkach””. Szło mi całkiem nieźle. Najlepszy w naszej drużynie był Darek Łyszczarczyk, który zresztą potem wypłynął na głębsze wody. Problemem okazała się szkoła, a dokładniej przenosiny do Szkoły Sportowej w Nowym Targu. Koniec końców musiałem zrezygnować z hokeja. 

rabiabski 5

Poważne granie.

Mając niespełna 15 lat zaczął przygodę z dorosłą piłką

- Watra wówczas grała w C klasie. Różnie było. Czasem był problem z zebranie pełnej „jedenastki” no i wtedy wskakiwałem do składu.

Dwa lata później – za namową Stanisława Goryla - został zawodnikiem rosnącego wówczas w siłę Porońca Poronin.

- Prezes Józef Pawlikowski stworzył wtedy super ekipę. To była taka mieszanka zdolnych chłopaków z Podhala jak Robert Pytel, Wojtek Chudoba, Jacek Pańszczyk, Bartek Walczak, Staszek Goryl, Ryszard Kunka, Dziuban, Ustupski z zawodnikami sprowadzanymi z zewnątrz. Marek Podsiadło, Wiesiek Montsko, Jurek Zajda czy Wróbel. To była czysta przyjemność grać z nimi w jednym zespole. W pierwszym moim sezonie wywalczyliśmy awans do 4 ligi, wygrywając w barażach z Heleną Nowy Sącz. Pierwszy sezon w 4 lidze skończyliśmy w środku w tabeli, w drugim do samego końca biliśmy się o awans. Potrafiliśmy się postawić każdemu. Pamiętam jak w przerwie między sezonami przyjechał do Poronina Radomiak Radom z 2 ligi. Po zaciętym meczu przegraliśmy w sparingu 1:2. Bramkę jaką w tym meczu zdobyłem uderzeniem z 30 metr zapamiętam do końca życia.

Kanadyjskie zaskoczenie.

Wiosną 1994 roku zakończył swoją przygodę z Porońcem, spakował się i poleciał do … Kanady.

- Wchodziłem w dorosłe życie. Trzeba było zacząć myśleć o zarabianiu pieniążków. Wiadomo jakie były wtedy czasy w Polsce. W Kanadzie już byli moi bracia. Pomogli znaleźć mi pracę no i namówili do gry w zespole Polonia 92. Szczerze powiem, wtedy myślałem, że w Kanadzie o piłce nie mają pojęcia. Okazało się jednak, że byłem w dużym błędzie. Trafiłem do zespołu, w którym spotkałem wielu zawodników, którzy wcześniej w Polsce grali na poziomie 1, 2 ligi. Graliśmy w lidze regionalnej, przeciwko drużynom złożonym z zawodników wielu nacji. Byli Portugalczycy, Meksykanie, Chorwaci, Grecy, Włosi, a nawet zawodnicy z Ghany. To była amatorska piłka. Mecze rozgrywaliśmy o godzinie 20, 21 albo 22. Potem szło się na piwko, a rano pobudka i do pracy. Wiele fajnych wspomnień mam z tamtego czasu. Nigdy ne zapomnę meczu który rozgrywaliśmy na stadionie do futbolu amerykańskiego. To było prawdziwe lotnisko. 120 metrów długie, 90 metrów szerokie. W jednym sezonie udało się nam wygrać ligę. Wywalczyliśmy awans do Ontario Soccer League. To już była jednak pół zawodowa liga. Sportowo jestem przekonany, że dalibyśmy radę, ale organizacyjnie było to nie do przeskoczenia.

rabianski2

Powrót do domu

W 1998 wrócił do Polski i swojej ukochanej Białki Tatrzańskiej.

- Od samego początku doskwierała mi tęsknota. Ja to o urodzenia jestem takim lokalnym patriotą. Nawet będąc w Kanadzie uważnie śledziłem co się dzieje w Białce. W końcu powiedziałem sobie: dosyć, wracam!

Niemal prosto z samolotu wybiegł na boisko w barwach Watry. To była końcówka sezonu 1997/1998. Niestety zakończył się on spadkiem Watry z ligi okręgowej.

- Można rzecz, że byłem takim kołem ratunkowym. Jak przyleciałem Watra miała w dorobku ledwie 7 punktów. W ostatnich 4 meczach, w których już grałem, wywalczyliśmy 6 punktów. Niewiele zabrakło a udało by się uratować.

Parę miesięcy potem, po rezygnacji z funkcji prezesa przez Stanisława „Ciwersa” Dziubasa, przejął stery w klubie i rolę zawodnika zaczął dzielić właśnie z rolą prezesa. W międzyczasie dostał kilka propozycji z wyższych lig.

- Był temat Sandecji Nowy Sącz i Cracovii. W tym drugim klubie byłem już nawet jedną nogą, ale z rożnych powodów nic ostateczne z tego nie wyszło. Może trochę żałuję, ale generalnie zawsze staram się patrzeć w przyszłość. Miałem pomysł na siebie, więc długo nie rozpamiętywałem tych ofert.

Mobilizacja

Pod wodzą Rabiańskiego malutki klub z Białki Tatrzańskiej z czasem stał się jednym z najmocniejszych klubów na całym Podhalu.

- Byłoby grubą przesadą gdybym powiedział, że to tylko moja zasługa. Wielu ludzi się do tego przyczyniło. Dawniej było jakoś inaczej. Łatwiej było zmobilizować ludzi do społecznej pracy. Wystarczyło puścić w obieg, że potrzebna jest pomoc np. przy pracach na stadionie i po chwili zjawiali się ludzie z traktorem czy koparką. Każdy się mobilizował. Zawsze byłem wyznawcą słów, że powoli, ale do celu. Tak jest do tej pory. Z roku na rok wyznaczam sobie nowe kierunki działań. Nienawidzę stać w miejscu. Przez ostatnie 15 lat trzy razy poszerzaliśmy boisko, wybudowaliśmy boisko treningowe i trybuny, wyremontowaliśmy szatnie. To takie największe inwestycje, o setkach innych, drobniejszych robót czy napraw już nie mówię. A ile czasu przy tym spędziłem to tylko sam Bóg wie. To jednak była i jest dla mnie przyjemność, i sposób na relaks.

Historyczny awans i … samolot nad stadionem

Sportowo Watra też systematycznie pięła się w górę. Najpierw był powrót do ligi okręgowej, a w sezonie 2010/2011 historyczny awans do IV ligi.

- Niedługo po tym jak zostałem prezesem, w gronie przyjaciół powiedziałem, że za kilka lat będziemy w 4 lidze. Wówczas nikt tego poważnie nie potraktował. Wzięli to jako żart. A ja byłem śmiertelnie poważny. Zaczęliśmy budować zespół. To wymagało czasu. Wiedziałem, że kluczem do sukcesu będzie mieszanka młodości z rutyną. I byliśmy konsekwentni. Szukaliśmy młodych, zdolnych i charakternych chłopaków, do których staraliśmy się dokooptować doświadczanych i ogranych na wyższym poziomie piłkarzy. I tak grali u nas tacy zawodnicy jak Rafał Bury, Marek Zgoda, Jacek Kaim , Robert Zientara, czy Marek Podsiadło. Każdy z nich miał wkład w to co wydarzyło się w sezonie 2010/2011. Do dziś mam przed oczami to co działo się po ostatnim meczu z Orłem Dębno na naszym stadionie. Wtedy już byliśmy pewni awansu. Pięć minut przed końcem meczu nad naszym stadionem przeleciał samolot i na nasze głowy posypały się ulotki w klubowych niebiesko-czerwono-białych barwach. Mieliśmy też symboliczne koszulki z napisem „ Tworzymy Nową Historię”. Zresztą mam ją do dziś. Cieszy też to że przez tyle lat utrzymujemy się na tym poziomie.

rabianski4

Watra przyciąga

Z czasem Watra przestała być anonimowa także poza obrębem Podhala. Charakter i osobowość prezesa Rabiańskiego sprawiły że w Białce Tatrzańskiej zaczęły pojawiać się coraz to głośniejsze nazwiska w polskim futbolu jak Łukasz Surma czy Mirosław Kalita. Ten drugi, dzisiaj asystent trenera Czesława Michniewicza w reprezentacji Polski u-21, spędził w Watrze 2,5 roku i czas w niej spędzony wspomina bardzo dobrze, a o samym Rabiańskim jako piłkarzu i prezesie wypowiada się w samych superlatywach.

- Andrzej to wzorowy mąż i ojciec. Dla mnie jak brat i do tańca, i do różańca, choć do tego pierwszego nie trzeba go namawiać. Jako prezes niesamowicie zorganizowany, a jeśli ma jakiś problem wszędzie ma przyjaciół którzy mu pomogą od Kanady po Alaskę. Zawodnik z charakter nawet zbyt dominującym na doświadczeniem które powinno go cechować jako najstarszego w zespole. Jedna z lepiej ułożonych lewych nóg w południowej części województwa Mnie osobiście trudno było Andrzeja zamknąć w ramy taktyczne. Jest jak Messi. Jeśli ma swobodę jest bardzo pożyteczny i w ataku i w obronie.

Nie ma życia bez piłki

Mimo 45 lat na karku Rabiański na boisku wciąż doskonale daje sobie radę. Jak jednak sam przyznaje, przychodzi już czas na to by powoli usunąć się cień

- Ale tylko jako zawodnik. W piłce zawsze będę działał. Nieważne w jakiej roli, ale będę. Nie widzę siebie w roli biernego kibica. Od pewnego już czasu nie ma we mnie presji bycia wiodącą postacią na boisku. Żadną ujmą dla mnie nie jest zasiąść na ławce rezerwowych. Zresztą nigdy nie było. Jasne, kiedy byłem młodym chłopakiem, nie było to fajne uczucie, ale nigdy na nikogo się nie obrażałem, nie płakałem trenerowi. Charakter mi na to nie pozwalał. Zaciskałem zęby i pracowałem dwa razy mocniej na treningach. Dziś właśnie tego charakteru brakuje młodym zawodnikom. Nie gra, to się obrazi i tyle go widzieli. Dziecinada!

Marzenia...

Watra w 3 lidze?

- Czemu nie. Może kiedyś. Jest to na pewno moje skryte marzenie, ale też cel. Wiem jednak jak trudny do zrealizowania. Dlatego nic na siłę. Priorytetem jest na teraz pewnego rodzaju stabilizacja i sportowa, i organizacyjna w klubie. Nie jest łatwo, bo chętnych do pomocy coraz mniej. Mam jednak duże wsparcie przede wszystkim w osobach moich najbliższych: żony Sylwii i córek Pauliny i Natalii. To dzięki nim przetrwałem wiele ciężkich momentów.

rabianski66

Maciej Zubek