mtomasik

Redakcja hokej.net rozpoczęła serię wywiadów z zawodnikami, którzy w przeszłości nadawali ton rozgrywkom ligowym w naszym kraju. Jedną z takich postaci był bezwględnie Mirosław Tomasik. Wychowanek Podhala, z którym wywalczył trzy tytuły Mistrza Polski. 

HOKEJ.NET: – Co słychać obecnie u Mirosława Tomasika?

 – Stara bieda, pracuje obecnie w PPHU Biela. To duża ubojnia trzody chlewnej i bydła. Zajmuje się w niej dystrybucją. Na szczęście nie odczuwamy pandemii koronawirusa w naszej branży. Działamy cały czas i mogę powiedzieć, że nam się udało. Codziennie słyszę, że wiele innych firm ma spore problemy.

Wróćmy do początków Pana kariery. Czy trudno było wejść do pierwszej drużyny?

– Trudno. Gdy ja wchodziłem do zespołu, to podobną szansę otrzymał tylko jeden kolega z mojego rocznika. Reszta musiała szukać klubów na przykład na Śląsku, ewentualnie ktoś musiał grać sezon czy dwa w drugiej lidze. Czasy były inne, bo 30-letni zawodnik był już uznawany za dziadka i był niejako zobowiązany do tego, by zrobić miejsce młodszym graczom i zakończyć karierę. Teraz wielu zawodników gra nawet do czterdziestki. Może zabrzmi to brutalnie, ale za moich czasów młodzież wypierała starszych zawodników. Deptaliśmy im po piętach do tego stopnia, że wieszali łyżwy na kołku albo wyjeżdżali za granicę do Niemiec czy Austrii, by zarobić na emeryturę. Takie były czasy, ale taki wyjazd był nagrodą przed zakończeniem kariery. Zapewne zapytasz, jak wygląda to teraz? Mamy przepaść. Do seniorskiego hokeja wchodzi pięciu lub sześciu zawodników, a czasem nawet pół drużyny.

Pierwszy tytuł mistrza Polski zdobył Pan w 1987 roku, ale wtedy nie rozegrał pan pełnej fazy play-off. Co stanęło na przeszkodzie?

– Niestety wtedy nabawiłem się kontuzji i musiałem przejść operację przepukliny. Trenerem był wtedy Walenty Ziętara. Zdecydowaliśmy, że nie będę czekał aż sezon się zakończy, tylko od razu pójdę na stół. Prawdę mówiąc ten tytuł nie był oczekiwany, bo mieliśmy bardzo młodą drużynę. Była to duża niespodzianka, bo mistrzostwo wróciło do nas po ośmiu latach. Podczas finałów w Nowym Targu było już cieplutko, lód się topił i była euforia. Bardzo przeżywałem to z trybun, pewnie jeszcze bardziej niż zawodnicy, którzy grali w tym meczu.

Ma Pan w kolekcji trzy tytuły mistrza Polski na koncie. Który jest dla Pana tym najbardziej pamiętnym lub smakującym najlepiej?

– Najbardziej smakował ten tytuł pierwszy z Grabovskisem, w 1993 roku. Wygraliśmy ostatni mecz z Unią Oświęcim 10:0. Ten zdobyty rok później był taki, że wszyscy się go spodziewali. Podhale było potęgą i nikt nie chciał grać z nim w finale. Nawet wspomniana Unia nie potrafiła nawiązać walki z góralami. Widać było, że chciała to skończyć w czterech meczach, żeby się więcej nie mordować.

Współpraca z Ēvaldsem Grabovskisem to pewnie temat na wiele opowieści. Głównie o tych morderczych treningach czy twardej ręce łotewskiego szkoleniowca. Co Panu najmocniej utkwiło w pamięci?

– Był to inteligentny człowiek, fachowiec w każdym calu. Przede wszystkim dobry psycholog, bo miał podejście od strony innej niż czysto trenerskiej. Potrafił człowieka prześwietlić, sprawdzić jakie ma problemy jeden czy drugi, no i wyciągnąć to, co najlepsze z każdego zawodnika. Była to inna szkoła. Wszystkim było ciężko, ale z czasem każdy przekonywał się, że za darmo nic nie dostanie. Trzeba było trenować troszkę więcej, ale to procentowało. Później jak się opanowało system na lodzie, to była przyjemność. Na pewno na początku jego system był przeklinany przez każdego. Ciężko było się nam przestawić, ale jak zaczęło to funkcjonować, to każdy grał z przyjemnością. Wiedzieliśmy, że musimy grać na sto procent.

W 1997 zawodnicy wystosowali list przeciwko metodom pracy trenera Grabovskisa. Pan już grał wtedy w Unii. Co się wydarzyło?

– Wtedy zaczęły się problemy, takie coś jak teraz jest w Podhalu. Przed sezonem potrafili ściągnąć i testować 12 czy 15 zawodników. Sponsorem był wtedy Kowalski, w pewnym sensie nawiedzony fanatyk. Dał zielone światło i stało się to, o czym mówiłem. Wychowankowie Podhala poszli w odstawkę i narastał konflikt. Trener trzymał zawodników twardą ręką, niektórzy to szczególnie odczuli. Gdy przyszedł sezon, wszystko się zmieniło. Grabovskis troszkę popuścił, jak były efekty. Ale jak ich nie było, to ciągle coś wyciągał i zmieniał. Jednemu się to podobało, innemu nie.  Na treningu wylewaliśmy siódme poty, ale po dwóch godzinach przerwy znów byliśmy przygotowani do takich samych obciążeń. Młode organizmy, inaczej się „traktowało”. Dziadki by tego teraz nie wytrzymywały. Ale druga sprawą jest to, że inne kluby trenowały mniej. Grabovskis miał inny styl pracy niż szkoła czeska. Gdy mieliśmy do wykonania pięć kółek, to żeby zrobić coś nowego, to dokładał nam jeszcze dwa. Jeden znosił to lepiej, inny gorzej.

Niektórzy jak Leonid Fatikow, Jarosław Morawiecki czy Krzysztof Podsiadło nie wytrzymali tych obciążeń podczas testów w Podhalu...

– Gdy zawodnik jest ukształtowany i ma 26 lub 27 lat, to trudno zmienić się nawet o 50 procent. Grabovskis chciał, aby wszyscy zawodnicy pracowali trzy razy dziennie: długo i ciężko. Nie znosił jakiegokolwiek sprzeciwu, po prostu trzeba było wykonywać jego polecenia, taktykę. Kto to zaakceptował, to „przeżył”. Inni musieli się pożegnać. Owszem, gdyby było to podparte sprawami finansowymi, to niektórzy zapewne zacisnęliby zęby i wytrzymali, ale w tamtych czasach z pieniędzmi było różnie.

więcej na: tutaj