aaaaluabuzz

HOKEJ. Rozmowa z Sebastianem Łabuzem 35-letnim obrońcą MMKS Podhale Nowy Targ o zakończonym niepowodzeniem sezonie w pierwszej  lidze.

W swojej kilkunastoletniej karierze przeżył Pan już wiele wzlotów i upadków, ale czy ta przegrana finałowa rywalizacja z Polonią i w jej konsekwencji brak awansu do PLH zalicza się do tych najtrudniejszych chwil?

- Na pewno tak. Każdy z nas zawodników, a także działacze, trenerzy i kibice nie tak sobie wyobrażali koniec sezonu. Wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, a tu nagle życie brutalnie zweryfikowało te oczekiwania i obnażyło nasze słabości. Mocno w nas to uderzyło. Ciężko do teraz pozbierać myśli.

Pan jest jednym z tych, który w ciągu roku przeżył dwa razy upokorzenie, bo w ten sposób trzeba odebrać i spadek z ekstraklasy w zeszłym sezonie i brak awansu w tym. Nie odechciewa się Panu dalszej gry w hokeja?

- Odechciewa i to bardzo. Człowiek ledwo jakoś odbudował się po jednym fatalnym sezonie, a tu znów przychodzi przełknąć gorzką pigułkę.  Musi minąć trochę czasu aby znów nabrać dystansu do tego. Dziś nie chcę się nawet patrzeć na hokej. Po ostatnim meczu z Bytomiem nie byłem nawet na lodowisku.

Po decydującym meczu w Nowym Targu przegranym 0:3 z Polonią uronił Pan łezkę w szatni czy pełnił Pan rolę tego, który pocieszał swoich młodszych kolegów?

- Ja już nie jedną porażkę poniosłem w swojej karierze i na pewno trochę lżej to przeżyłem niż Ci młodzi chłopcy, których mamy sporo w drużynie. Dla nich faktycznie ta przegrana to było tak jakby się świat zawalił. Nie rozmawialiśmy jednak za dużo. Każdy wewnątrz sam starał się to przeżywać i każdy sam musi się odbudować.

Po tych kilku dniach, kiedy emocje opadły i teraz już tak na chłodno analizując, co było powodem przegranej rywalizacji z Polonią?

- Nie ja jestem od analizowania. Od tego jest sztab szkoleniowy. Nie ma też teraz sensu zbytnio rozpamiętywanie. Nic to nie zmieni. Na pewno jednak kwestia mentalna odegrała dużą rolę.

W tym meczu numer pięć decydującym o awansie, jednym z bohaterów był młody bramkarz Polonii Dominik Kraus. Wybronił niezliczoną wręcz ilość strzałów, w tym lekko licząc koło dziesięciu Pana uderzeń...

- Nie odbieram mu jego zasług, ale to my po raz kolejny zrobiliśmy z bramkarza bohatera. Sam nie wiem czego brakowało w tych strzałach. Może precyzji, może za małej pracy przed bramką aby do minimum ograniczyć pole widzenia bramkarza. Szczęście też nie było naszym sprzymierzeńcem. Trafialiśmy w słupki, poprzeczki. Krążek nas tego dnia wyjątkowo nie słuchał. Nic nas jednak nie tłumaczy. 

Nie zaszkodził wam sezon zasadniczy? Kolejne, efektowne zwycięstwa nie uśpiły waszej czujności?

- Na pewno jest w tym sporo racji. Sezon zasadniczy to był kabaret. Poziom spotkań i samej organizacji rozgrywek pierwszej ligi był żenujący. Ciężko było wydobyć z siebie motywację i mobilizację. Nie było adrenaliny, która odgrywa w sporcie ważną rolę. To ona napędza człowiek do gry i pracy na treningach. Nie wiem czy wkradała się w nasze poczynania zbytnia pewność siebie, ale na pewno ta znikoma ilość spotkań w sezonie zasadniczym nie wpłynęła pozytywnie na umiejętności naszych młodych zawodników. Raczej bym powiedział, że część z nich cofnęła się w rozwoju.

Trener Ziętara całą winę wziął na siebie. Co wy zawodnicy na to?

- Odpowiedzialność powinna być zbiorowa. Każdy z nas powinien uderzyć się w pierś, przemyśleć co zrobił źle, kiedy mógł zachować się lepiej. Trzeba umieć wyciągnąć wnioski i uczyć się na błędach.

Wszyscy teraz zastanawiają się co dalej z drużyną, z hokejem w Nowym Targu? Jakie Pan ma plany na przyszłość?

- Za wcześnie na jakiekolwiek deklarację czy zapewniania. Trzeba trochę czasu, złapania oddechu. Zdrowie mi dopisuje i czuję się na siłach aby jeszcze pograć w hokeja. Z drugiej strony nie wykluczam, że skończę karierę. Dużo już osiągnąłem, ale te ostatnie dwa lata wypompowały ze mnie trochę energii.

Rozmawiał Maciej Zubek