2

SPORTY WALKI. Rozmowa z Łukaszem Jaroszem, po wygranej z Holendrem Wendellem Roche podczas Gali „Królowie Ringu” w Krakowie.

Wygrana bezdyskusyjna, nie pozostawiłeś sędziom żadnych złudzeń, ale Ty sam powiedziałeś zaraz po walce, że nie do końca jesteś ze swojej postawy zadowolony…

- Nie chce marudzić, ale po prostu przyzwyczaiłem siebie i swoich kibiców że na ogół swoje wygrane walki kończyłem przez nokaut. Tym razem się nie udało, choć niewiele do tego zabrakło. I tylko to zostawia gdzieś tam mały niedosyt w moich odczuciach. Ale ogólnie walka jak najbardziej na plus.

Pierwsza runda zdecydowanie pod Twoje dyktando. Holender tak jak się spodziewałeś starał się iść do przodu, wywierać presję, ale skutecznie studziłeś jego zapędy…

- Plan był taki aby zacząć spokojnie, odpierać ataki, przepuszczać jego ciosy, ale też poszukać okazji by jakimś mocnym akcentem, jednym czy drugim, zaznaczyć swoją dominację w ringu. I ta pierwsza runda tak właśnie wyglądała…

Zdziwiłeś się, że po tych dwóch nokdaunach, Holender – która dobija do „pięćdziesiątki” - dotrwał do gongu?

- Absolutnie. Znam styl i charakter zawodników z Holandii. Ich nie tak łatwo przewrócić nie mówiąc o nokaucie. Do tego wyszło olbrzymie doświadczenie Wendella. Widać, było że w kryzysowym momencie potrafił mnie klinczować, „skraść” czas i przeczekać. Naprawdę mam do niego duży szacunek.

Pierwsza runda kosztowała Cię bardzo dużo sił, których później zaczęło Ci brakować. W trzeciej rundzie miałem wrażenie, że bardziej walczysz ze sobą niż z przeciwnikiem….

- Warunki jakie panowały w hali, dały we znaki. Było niesamowicie duszno. To też odbierało siły. Ale miałem ich jeszcze sporo. Może to tak wyglądało że zaczyna mi ich brakować, ale po prostu już w tej 2 i 3 rundzie też specjalnie nie dążyłem do nokautu. Wiedziałem że wygrywam tę walkę, dlatego chciałem ją przede wszystkim kontrolować. Nie było sensu ryzykować, rzucać się na przeciwnika i narażać się na kontrę, jakiś przypadkowy cios. Fajnie że przewalczyłem pełen dystans. To myślę, zaprocentuje na przyszłość.

Dziś już możemy chyba zdradzić, że wbrew temu co mówileś w wywiadach przed walką, nie byłeś do niej optymalnie przygotowany. Odezwało się pęknięte w październiku żebro. Był moment że chciałeś nawet zrezygnować z udziału w tej gali…

- Zgadza się. Wiadomo że przed walką o tym się nie mówi, ale prawda jest taka że cały styczeń praktycznie przeleżałem w łóżku. Ból był tak duży, że ciężko było złapać oddech. Wtedy zacząłem się zastanawiać czy nie odpuścić i zrezygnować z tej walki. Dałem sobie jeszcze trochę czasu. Oddałem się w ręce rehabilitantów i jakoś powoli postawili mnie na „nogi”. Jeszcze w tygodniu poprzedzającym walkę, korzystałem z ich usług.

Na ile ta kontuzja zakłóciła Twoje przygotowania?

- Przede wszystkim nie mogłem sparować. A wiadomo że sparingi są bardzo ważnym elementem przygotowań do każdej walki. Wyłączyłem też praktycznie nogi z treningów, bo każdy skręt ciała groził ryzykiem pogłębienia się urazu. I już pod koniec walki czułem że nogi mi wysiadają.

Ta kontuzja gdzieś chyba siedziała z tyłu głowy. Patrząc na Ciebie jak wychodziłeś do ringu nie biła z Ciebie taka pewność siebie jak chociażby przed walką z Michałem Wlazło…

- Na pewno kontuzja gdzieś tą moją pewność siebie miała negatywny wpływ, ale też rywal był zdecydowanie z wyżej półki.

Wróćmy jeszcze do przebiegu walki. Imponowałeś bogatym repertuarem uderzeń. Do high kicków i low kicków już przyzwyczaiłeś wszystkich, ale tak boksującego Łukasza Jarosza trudno sobie przypomnieć we wcześniejszych walkach…

- Powiedzmy że to była ta pozytywna strona tej kontuzji żeber. Była okazja dłużej popracować nad rękami. I rzeczywiście nieźle mi to wychodziło. To mocna broń w walce z zawodnikami, którzy wywodzą się z kickboxingu, a takim był Wendell Roche.

Tomek Mamulski był zadowolony z Twojej postawy?

- Tak, ale też nie specjalnie był czas na analizę tej walki. Spotkamy się za kilka dni i wtedy rozłożymy tę walkę na czynniki pierwsze.

Mogłeś liczyć na fantastyczny doping kibiców. Chyba nawet głośniejszy niż ten dla głównego bohatera wieczoru, reprezentanta gospodarzy Tomka Sarary…

- Rzeczywiście. Sam byłem w szoku że moim kibice potrafili przekrzyczeć całą widownię. Bardzo im za to dziękuje.

Debiut w DSF za Tobą. Kontrakt który podpiąłeś z tą federacją zakłada jeszcze dwie walki. Z kim to jeszcze nie wiadomo, a kiedy zobaczymy Ci w przybliżeniu ponownie na ringu?

- Na pewno w tym roku chcę jeszcze zawalczyć. W grę wchodzi czerwiec i walka w Moskwie, ale specjalnie nie naciskam. Wolałby walczyć po wakacjach, mieć więcej czasu na ty by wyleczyć te żebra.

Wszyscy mówią o Twojej walce z Marcinem Różalskim, a ja się zastanawiam czy możliwa jest np. Twoja walka z Sararą. Myślę, że wzbudziła by równie duże emocje..

- Raczej nie ma takiej osoby która zapłaciła by nam tyle byśmy się na tę walkę zdecydowali. Znamy się „sto lat”, mamy tego samego trenera. Naprawdę ciężko byłoby znaleźć powód byśmy stanęli w ringu po przeciwnej stronie.

Plan na najbliższe dni, tygodnie, miesiące?

- Odpoczynek, ale aktywny. Mam zaplanowane dwa seminaria, w między czasie wyskoczę na narty do Włoch, a potem powolutku będę wracał do treningów.

Dzięki Łukasz

- Nie ma sprawy. Na koniec jeszcze tradycyjnie ukłon w stronę moich sponsorów. Dziękuję za wsparcie firmie Słonex, Blachotrapez i Rabkoland.

Rozmawiał Maciej Zubek