aaa kubackii

SKOKI NARCIARSKIE. Rozmowa z nowotarżaninem Dawidem Kubackim, który razem z kolegami z reprezentacji wywalczył brązowy medal w drużynowym konkursie skoków podczas mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym w Val di Fiemme

Spodziewaliście się aż tak dobrego wyniku jak medal mistrzostw świata?
Staraliśmy się odciąć od tych wszystkich spekulacji, których było sporo. Wiedzieliśmy, że jesteśmy w stanie osiągnąć dobry wynik i przy dobrych, równych skokach całej czwórki możemy pokusić się o podium. Nie nakręcaliśmy jednak atmosfery. Zdawaliśmy sobie sprawę, że pretendentów w walce o medale jest kilku. W tej grupie byliśmy i my. Trener Kruczek tuż przed zawodami tonował emocje. Ściągał z nas presję, jaka w pewnym momencie się wytworzyła. Udało się. Każdy podołał oczekiwaniom. Zaliczyliśmy po dwa dobre skoki i efekty tego były wspaniałe.

Te mistrzostwa zostaną zapewne w waszych głowach na całe życie. Nie tylko z powodu historycznego sukcesu, ale też niecodziennych okolicznościach, jakie towarzyszyły jego zdobyciu...
Ciężko będzie o tym zapomnieć. To była huśtawka nastroju. Tuż po zawodach byliśmy źli, rozczarowani i lekko podłamani. Turniej zakończyliśmy ze świadomością, że przegraliśmy walkę o medal o 0,8 punktu, czyli przeliczając na odległość, było to pół metra w ośmiu oddanych skokach. Nastroje były podłe. Ciężko było coś z siebie wydobyć. Nagle ktoś - nie pamiętam kto - z naszej grupy rzucił informację, że jednak jest trzecie miejsce. Totalna zmiana nastrojów. Radość, euforia, ale ktoś po chwili mówi, że to jeszcze nie jest oficjalna informacja. I znów zrobiło się nerwowo. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy, w czym jest problem. Zazwyczaj w takich sytuacjach chodzi o nieprzepisowy kombinezon. Dopiero potem wyszła ta cała sprawa z punktami Norwegów. Czas, kiedy czekaliśmy na ostateczne rozstrzygnięcie, dłużył się niesamowicie. Na całe szczęście finał tego całego zamieszania był dla nas szczęśliwy.

Jak odbieracie to, co się stało?
Opinii jest wiele. Zapewne długo to jeszcze będzie analizowane i komentowane. To był zwykły ludzki błąd. Z tego, co wiem, zawiniła komunikacja między wieżą a starterem, który odpowiada za ustawianie belek. Ważne, że wszystko się wyjaśniło. Chwała Thomasowi Morgensternowi, że to wychwycił. Zaraz po zawodach podeszliśmy do niego i podziękowaliśmy. Po sezonie myślę, że będzie też okazja jeszcze jakoś mu to wynagrodzić.

Jaka w gronie skoczków panuje opinia na temat tych wszystkich nowinek, jakie w ostatnich latach wprowadzane są w waszej dyscyplinie?
Wiadomo, że dziś sportem w dużym stopniu rządzi telewizja. My, zawodnicy, musimy się do tego dostosować. Dla organizatorów najważniejsze jest, aby zmieścić się w czasie transmisyjnym. Dawniej z tym bywało różnie. Z drugiej strony, coraz większą rolę odgrywa taktyka, detale, które mogą decydować o końcowym triumfie. Według mnie skoki przez to tracą na atrakcyjności. Stały się mniej widowiskowe i przede wszystkim mało przejrzyste dla kibiców.

Sukces w Val di Fiemme powoduje, że zdecydowanie wzrosną oczekiwania wobec was. Teraz każdy będzie liczył, że w Soczi co najmniej powtórzycie ten wynik.
Jest za wcześnie na jakiekolwiek obietnice czy prognozy. Do Soczi jest jeszcze 11 miesięcy. To dużo czasu, w trakcie którego musimy przede wszystkim skoncentrować się na ciężkiej pracy. Poza tym mamy jeszcze kilka konkursów Pucharu Świata. Sezon jeszcze trwa i na nim się koncentrujemy. Sukces w mistrzostwach świata dał nam mocnego "kopa". Sprawił, że jest w nas jeszcze większa siła, motywacja i wiara w siebie. Co do opinii, że mamy najlepszą drużynę, to trudno się z tym nie zgodzić. Pokazują to wyniki. Przede wszystkim tworzymy kolektyw. Nie ma wśród nas podziału na lepszych i gorszych. Media nieco na siłę forsują Kamila Stocha na lidera. On jest jednak członkiem drużyny takim samym jak każdy z nas. Tak samo z niego żartujemy, a on z nas. Lubimy spędzać ze sobą czas i to nie tylko w trakcie zawodów. W zeszłym roku byliśmy wszyscy wspólnie na wakacjach. Teraz planujemy to powtórzyć.

Dla Pana medal w drużynie w pewnym stopniu zrekompensował nie najlepsze wyniki w konkursie indywidualnym. Na normalnej skoczni był Pan 31., a na dużej 20...
Byłem rozczarowany swoimi skokami na normalnej skoczni. Świetnie się czułem tuż przed zawodami. Na treningach skakałem naprawdę bardzo dobrze. To rozbudziło we mnie nadzieję. Pojawiły się nawet marzenia o medalu. To mnie zgubiło. Nie wytrzymałem napięcia i zepsułem skok. Na szczęście w miarę szybko udało mi się pozbierać i już w konkursie na dużej skoczni skakałem przyzwoicie. Co prawda 20. miejsce to nie jest szczyt moich marzeń, ale dla mnie najważniejsze było to, że potrafiłem się odbudować, co dało efekt w konkursie drużynowym.

Wygląda na to, że to dla Pana przełomowy sezon. Brązowy medal w Val di Fiemme poprzedziły pierwsze punkty w Pucharze Świata, a także bardzo udane występu w letniej Grand Prix...
Bezwzględnie to najlepszy sezon w mojej dotychczasowej przygodzie ze skokami. Wcześniej dobrej formy z treningów nie potrafiłem przełożyć na konkursy pucharowe. Gdzieś tam czegoś zawsze zabrakło. Byłem na siebie momentami wściekły. Nie miałem jednak chwil zwątpienia w to, co robię. Opłaciło się być cierpliwym. Teraz już powoli stabilizuję formę. W miarę systematycznie udaje się punktować w konkursach Pucharu Świata, co dobrze rokuje na przyszłość.

Pan wcale nie był pewniakiem na mistrzostwa świata...
Zgadza się. Wyniki w Pucharze Świata, poprzedzające turniej w Val di Fiemme, nie były dobre w moim wykonaniu. Wszystko jednak zmieniło się w trakcie zgrupowania w Szczyrku. Tam wychwyciłem błędy, jakie wcześniej popełniałem. Skorygowałem je i zacząłem czuć się mocny. Pojawiła się regularność. Potwierdziłem to podczas treningowych skoków już we Włoszech. Wydaje mi się, że tym właśnie przekonałem do siebie trenerów. Choć nie ukrywam, że po konkursie na normalnej skoczni miałem obawy, czy aby w kolejnych konkursach sztab szkoleniowy nie postawi na innego zawodnika

Jak w ogóle zaczęła się Pana przygoda ze skokami narciarskimi. Czy ma Pan w rodzinie jakieś tradycje związane z tą dyscypliną?
Żadnych. Nikt z mojej rodziny nie uprawiał profesjonalnie żadnej dyscypliny sportu. Ja się wyłamałem. Początków ze skokami jako tako nie pamiętam. Z opowieści rodziców wiem, że kiedy miałem 5 albo 6 lat gdzieś w telewizji mignęła mi jakaś migawka z letniego konkursu skoków. Spodobało mi się to na tyle, że nawet zrobiłem w domu małą aferę, że ja też tak chcę. Uparłem się do tego stopnia, że w końcu rodzice nie mieli wyjścia i zapisali mnie do klubu. Miałem o tyle łatwiej, że trener Zbigniew Klimowski też wywodzi się z Nowego Targu i zawsze zabierał mnie na każdy trening.

W Pucharze Świata zadebiutował Pan w 2009 roku podczas konkursu w Zakopanem. Pamięta Pan, jakie uczucia wówczas Panu towarzyszyły?
Szczerze, to niewiele pamiętam z tamtego konkursu. Emocje były chyba na tyle duże, że wyparły z mojej głowy wspomnienia.

Pana pasją jest modelarstwo lotnicze. Często można spotkać Pana na nowotarskim lotnisku.
Niestety, ostatnimi czasy mam mało czasu, aby się realizować w tej dziedzinie, ale faktycznie, jest to moja pasja. Zresztą latanie od zawsze mnie fascynowało. Od najmłodszych lat konstruowałem z kolegami samoloty czy inne obiekty latające. Myślę, że w głównej mierze, nawet gdzieś nieświadomie, ta właśnie fascynacja i zamiłowanie do latania popchnęły mnie do skoków narciarskich. Moim marzeniem, które na pewno będę chciał zrealizować, jest uzyskanie licencji pilota. Na razie czasu na to nie mam, ale obiecuję sobie, że w pierwszej dłuższej wolnej chwili uda mi się to zrobić.