WSPOMNIENIE. Nie żyje Elżbieta DDew 1ziębowska ps. „Dewajtis” – muzykolog, żołnierz batalionu Parasol, uczestniczka Powstania Warszawskiego zmarła 4 kwietnia 2016 r., we Wrocławiu. 16 kwietnia skończyłaby 87 lat. Jako wywiadowca brała udział m.in. w przygotowaniu i przeprowadzeniu akcji likwidacyjnej dowódcy SS i Policji na Dystrykt Warszawski Franza Kutschery (Warszawa, 1 lutego 1944) oraz wyższego dowódcy SS i Policji w Generalnym Gubernatorstwie Wilhelma Koppego (Kraków, 11 lipca 1944). Mieszkała w Jurgowie na Spiszu, zimy spędzała w Krakowie.

Była córką Feliksa Dziębowskiego - zawodowego oficera 82 Syberyjskiego Pułku Strzelców im. Tadeusza Kościuszki. Gdy podczas ostatniej rozmowy zapytałem Panią Elżbietę o ojca powiedziała: – Moje dzieciństwo wiąże się z Polesiem, jednostka ojca stacjonowała w Kosowie Poleskim. Potworna mieścina, 2 km za Kosowem w Mereczowszczyźnie był dworek, w którym urodził się Tadeusz Kościuszko. Pamiętam, jak tato mnie tam zawiózł i pokazał, był zaniedbany i zapuszczony, chyba już wtedy tam nikt nie mieszkał. Ostatni raz ojca widziała 17 sierpnia 1939, gdy przyjechał w odwiedziny na letnisko w Bukownie, gdzie przebywała z matką i siostrą. Jego pułk wiosną przesunięty został w okolice Wielunia, ojciec miał świadomość zbliżającej się wojny, zginął w czasie kampanii wrześniowej.

Przed wojną do harcerstwa nie należała. W czasie okupacji uczyła się w konspiracyjnym Gimnazjum Żeńskim im. Jana Kochanowskiego w Warszawie, które oficjalnie – jak mówiła – nosiło nazwę Miejskiego Żeńskiego Gimnazjum Krawiecko-Bieliźniarskiego. – Faktycznie była druga obsada personalna, były panie do przedmiotów zawodowych, równocześniDew 3Dew 4Dew 5Dew 6Dew 2e był zatrudniony cały zespół profesury Gimnazjum Jana Kochanowskiego z dyrektorką włącznie. Ja myślę, że to było tylko w Polsce możliwe, podwójne szkoły średnie. Oficjalnie lekcja odbywała się w obecności dwóch pań, jedna historyczka, druga od dzianiny. Miałyśmy obowiązek przynoszenia drutów, nożyczek do krojenia i tak przez Boży rok. Nie pamiętam ani jednej lekcji zawodowej – wspominała śmiejąc się.

Właśnie w tej szkole wstąpiła do 58 żeńskiej drużyny harcerskiej i 17 sierpnia 1943 składała przyrzeczenie na ręce Hanki Zawadzkiej, siostry Tadeusza Zawadzkiego sławnego „Zośki”. Jako trzynastolatka dostała się do drugiej kompanii Parasola, wówczas to jeszcze nie był batalion. Przyjęła ps. „Dewajtis”. Dlaczego taki pseudonim, zapytałem? – To jest symbolika, zaczytywałam się w czasie okupacji w powieściach Rodziewiczówny, która nie była wycofana z bibliotek jak Sienkiewicz lub Prus. Dewajtis to dąb, jak wiadomo, i symbol, a ja byłam wychowana w symbolice, ojciec zwracał mi uwagę na znaczenie symboli poczynając od tego, czym jest godło. W harcerstwie symbolika także była rozpowszechniona. W Armii Krajowej czytało się przysięgę, wymawiało i podpisywało pseudonimem. Ja podałam „Dewajtis”, nie zapomnę nigdy miny tego, który przyjmował przysięgę. Spojrzał, ani słowa nie powiedział, nie skomentował. Musiał być nieźle ubawiony. Dewajtis wiadomo, co oznacza, u Rodziewiczówny było takie zdanie: co się stanie, czy nie stanie, Dewajtis ostanie. Mnie się podobało, nie tyle był to symbol siły, co trwałości – wyjaśniła. Ubawiona opowiedziała, jak to podszedł do niej i koleżanki kolega, który zapytał: słuchajcie, w naszym oddziale jest Dewajtis, nie wiecie, czy to jest on, czy ona? Koleżanka wskazała na nią i powiedziała: to jest ono.

Od razu wybrana została do wywiadu przez samego szefa Aleksandra Kunickiego ps. „Rayski”. Już po wojnie zapytała go, dlaczego ją wybrał do tylu akcji wywiadowczych? Śmiała się, gdy usłyszała taką odpowiedź: - Ja pani powiem, jak się nie obrazi. Żeby pani wiedziała, jak wyglądała takie coś zapuszczone, w zwyczajnej sukienczynie i ten wyraz twarzy. Idzie taka,Uroczystości pogrzebowe odbędą się 9 kwietnia, godz. 11, we Wrocławiu, Krematorium Gloria, ul. Kwiatkowskiego 13. nic nie widzi, gapowata, zagubiona. Ja panią obserwowałem, pani nigdy nie patrzyła tam, gdzie miała. Składała potem raporty, które były dokładne, wszystko się zgadzało. Wtapiała się pani w tłum i była idealna na każdą placówkę.

Dlatego jak „Rayski” typował wywiadowców do akcji na Franza Kutscherę wybrał właśnie Dziębowską i jej koleżankę „Kamę – Marię Stypułkowską-Chojecką. „Kama” była jej odwrotnością, miała z kolei wygląd dziewczyny, której w głowie tylko jedno: chłopaki – wspominała. – Te oczka puszczane, dobrze, że nie do oficerów niemieckich, bo myśleliby, że ich uwodzi. „Kama” była taka na podryw i tak jakby tylko to jej było w głowie, była ładna, powabna, zgrabna, potwornie kokieteryjna.

Elżbieta Dziębowska powiedziała mi, że z pozycji lat i doświadczenia już inaczej patrzyła na wszystko. Pracując w wywiadzie nie znała w ogóle oddziału, dopiero podczas powstania poznała większą część. – Wtedy to była nieprzeparta chęć uczestniczenia w czymś, co się dzieje. Ja szczerze nienawidziłam Niemców, tak jak dzieci potrafią nienawidzić – wyznała pani Elżbieta. – Pamiętam, jak mając 12 lat stałam w sklepie, obok mnie stał żołnierz Wehrmachtu, oparł się o ladę, myślałam ugryźć go w łapę.

Pamiętajmy, że Niemcy zabrali jej ojca, którego bardzo kochała, nawet podczas rozmowy mówiła, że był „gwiazdą przewodnią” jej dzieciństwa. W jej rodzinie było bardzo wiele ofiar tej wojny, w powstaniu rozstrzelano jej czterech braci ciotecznych, najmłodszy miał 16 lat, najstarszy 24. „Ten porachunek na ilość zwłok byłby tragiczny” – mówiła i tłumaczyła się z ciężkich urazów, które zostały na całe życie.

Uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim jako łączniczka dowódcy kompanii Jerzego Zapadki ps. „Mirski”. 15 sierpnia została ranna w szyję odłamkiem bomby, trzy dni była na punkcie sanitarnym, wróciła i z oddziałem kanałami ze Starówki wycofywała się na Śródmieście, potem na Czerniaków. Jej opowieść o tym i wyjściu wraz ludnością cywilną do Pruszkowa była pełna dramaturgii.

Po wojnie podjęła studia muzykologiczne na Uniwersytecie Warszawskim, doktoryzowała się w Instytucie Sztuki PAN rozprawą „Poematy symfoniczne Mieczysława Karłowicza” (1966), była adiunktem w Instytucie Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego, w latach 1970-1989 pracowała w Katedrze Historii i Teorii Muzyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, pełniąc m.in. funkcję jej kierownika. W latach 1973-1983 wykładała na Akademii Muzycznej w Krakowie.

Blisko 40 lat była redaktorem naczelnym pionierskiej w światowym piśmiennictwie Encyklopedii Muzycznej PWM, doprowadziła edycję 12 tomów do końca w 2012 r. Gdy pokazywała mi tomy encyklopedii, wymienialiśmy redakcyjne uwagi, zdałem sobie sprawę jakiego mistrzostwa dokonała w opracowywaniu haseł.

Mieszkała w Jurgowie, czuła się tu wyjątkowo dobrze, wtopiła się w wieś. – Cieszę się, że mieszkam w domu, z którego okien mogę podziwiać zarysy Murania, Hawrania, jak mówi się u nas w Jurgowie – podkreślała to „u nas” i spoglądała mimowolnie w okno. Miała tu w domu ciszę i spokój, czas na przemyślenia, na snucie wspomnień, na swoje zainteresowania.

Odznaczona została Orderem Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Skromna, serdeczna, taką ją zapamiętałem. Umawialiśmy się na kolejny temat o Mieczysławie Karłowiczu, bo miała jeszcze sporo niewykorzystanego materiału. Niestety, nawet dęby mają swój kres.

Uroczystości pogrzebowe odbędą się 9 kwietnia, godz. 11, we Wrocławiu, Krematorium Gloria, ul. Kwiatkowskiego 13.

Ryszard M. Remiszewski