bajm17NOWY TARG. Tego roku miało być bez aluzji, dwuznaczności, niebezpiecznych skojarzeń, mrugnięć okiem, personalnych wycieczek, politycznych konotacji. Po prostu bajka typu bajka – dla dzieci, a nie bardziej dla dorosłych, których często bardziej pasowałoby rózeczką, rózeczką... A że reżyser i autor scenariusza – krakowski aktor, kabareciarz, nieposkromiony lew sceny, Rafał Jędrzejczyk, lubi przygrzmieć rubasznie i z grubej rury – zamiast bajki, bajeczki, była Baja. „Baja na Mikołaja”.

Publika rozochocona fantazją i rozmachem wszystkich poprzednich Mikołajowych Spotkań z Bajką – wypełniła salę widowiskową MOK-u prawie do ostatnich krzeseł, a dziecięcy gwar ucichł w ciekawości, co też się będzie działo, gdy tylko białawy dym wypełzł spod kurtyny.

To powiało lodem od Pani Zimy, a zaraz przed jej jasnym i lśniącym obliczem musiał się do raportu stawić Pan Mróz. Bo tu święty z samego nieba chce lądować na ziemi z prezentami, a tyle wokół zaniedbań, braków... Zupełny brak organizacji, klimatu i scenerii – słowem: program „Usterka”.

Merytorycznie Pan Mróz zawalił na prawie całej służbowej linii, ale jak zadał szyku efektownym wjazdem na rolkach, to dzieciakom otwarły się buzie z podziwu. Toż to była prawie rewia na lodzie. A gdy jeszcze wykonał solówkę „Jestem sobie, hopla, w lodowych soplach – Mróz...” – stopił serce i Pani Zimy.

Fabułka – prościutka: Kasia z Tomkiem (gdzieś się jeszcze zaplątały serialowe konotacje) – przyjechali z Warszawy do Nowego Targu, bo tu i śniegu więcej, i bałwanów, ale na swoje nieszczęście wyszli spod kurateli Ciotki Chichotki, zgubili się w szczypiącym mrozie, o głodzie. Katastrofa... Na pociechę tylko Snowman, po polsku Bałwan, ożył jak Chochoł w „Weselu”.

Ale od czegóż jest nasza wszechwiedząca i niezawodna policja? Pani Policjantka Ciotkę znalazła, Ciotka znalazła drogę do Piekarza w białych szatkach, który chleb wypieka, a nawet i słodkie pączki. Wiemy, że nie ma przecież nic lepszego niż tłusty pączek z grzańcem na mrozie. Już wszystko zmierzało do szczęśliwego finału, gdyby nie proza życia. No bo w piekarni musi być piec. Jak jest piec – musi być i komin. A z kominem wiąże się całe zło. Pomijając „polityczny” aspekt niskiej emisji – komin wymaga Kominiarza.

Kominiarz nieuchronnie się więc pojawił i najpierw udawał pożytecznego speca. Ale szybko zmierziła go ta rola i – nie czekając na lustrację – sam się postanowił zdemaskować, wystawiając czarci chwost z czarnych portek i rogi spod kapelusza. Na dodatek chwycił za widły i jął nimi szturchać kogo się dało, wypominając grzechy: Ciotkę, co próbowała go pogromić miotłą, Piekarza wywijającego łopatą jak Maciej Dobrzyński swoim „Kropidełkiem” i bezbronne dzieciaki. Na scenie rozpętała się istna bitwa.

Ponieważ Diabeł przebrał miarę w tych harcach – sytuacja wymagała interwencji Batmana albo przynajmniej Spidermana. No i Piekarz pokazał swoje prawdziwe oblicze, przedzierzgając się w Anioła równie szybko jak Kominiarz w Diabła. Z blond peruką i skrzydłami poszło szybko. Trochę dłużej trwało mocowanie aureoli. Tym samym bajka zyskała manicheistyczny wymiar, ale było już wiadomo, że jasna strona mocy musi zatriumfować.

Dziecięce życzenia pofrunęły w niebo razem z balonikami. Pan Mróz zdążył akurat zlikwidować niedoróbki i niebiosa mogły spuścić Mikołaja. Najhojniejszy ze świętych wjechał na segway’u i dopieroż wzbudził aplauz tym wjazdem... Przywitała go burza braw. Asysta wniosła prezenty, między rzędy na widowni pofatygowała się i Pani Zima z koszyczkami cukierków. Zza reżyserskiej konsoli wyciągnięty został i sprawca tego zamieszania.

Euforia na scenie, z bisami ślicznych piosenek, trwała aż do zjedzenia słodkości. Potem jeszcze ekipa Mikołaja, z Aniołem i Diabłem, musiała spełnić swoje obowiązki, wręczając dzieciom paczki z prezentami. Tym, do których Mikołaj tego wieczoru nie zdążył, dostarczy paczki przez szkoły.

Baja na Mikołaja 2017

Fot. Anna Szopińska