dziobspot18NOWY TARG. Z Wydawnictwa „Zachylina” prof. Anny Mlekodaj wyszła kolejna dopieszczona i wartościowa pozycja. To „Spotkania w drodze” Romana Dziobonia – klasyka podhalańskiej poezji, autora gawęd i wspomnieniowych książek, niestrudzonego wędrowca, miłośnika gór, zapalonego rowerzysty i narciarza. „Spotkania” są zbiorem wspomnień i opowieści o ludziach – zebranych podczas podróży przez życie.

Gdyby tę podróż odbywał on jakimś szybkim środkiem transportu – nie byłyby to spotkania tak ciekawe i głębokie i długie, bo nieraz owocujące wieloletnią przyjaźnią. Są to jednak spotkania najczęściej podczas niespiesznych wypraw rowerowych i pieszych. Wtedy ma się pewność, że tych ludzi „Bóg mu nagodził”. A w góralskiej gwarze „nagodzić” znaczy i „obdarzyć”.

Tak podróżuje „ujek Romek” – „do przeszłości, do mądrości, do samego siebie”; do serc i myśli napotkanych osób. Pamiętając zawsze o „łasce domu”, czyli rodzinnej chałupie na nowotarskim Meksyku, o świetle naftowej lampy, o zapachu ścian i mokrego drewna szorowanego co tydzień progu i ławeczki od strony ulicy; o zapachu fartucha mamy, kiedy wracała z obory po wydojeniu krów. Dom to wspomnienie matki, która w szpitalnej izolatce odeszła tak wcześnie, że nie wiedział jeszcze, co to śmierć; wspomnienie ojca Stanisława – weterana austriackiej armii, człowieka z zasadami.

Blizny też bolą...

Roman Dzioboń pochował już pięć starszych sióstr i ukochaną żonę „Siasię”, która dzieliła z nim turystyczne pasje, a nie chciała się zestarzeć.

Czas leczy rany – mówi teraz . – Ale blizny też bolą...

Pamięć natomiast potrafi nawet wyostrzać cechy ukochanych osób. Po tylu przeżytych latach, ile on ich nosi w swoim „garbie”, wie też, że aby móc naprawdę spotkać się z drugim człowiekiem, trzeba przezwyciężyć, bierność, lęk, a otworzyć oczy, uszy i serce, na wstępie obdarowując każdego – znanego czy nie – przyjaznym uśmiechem.

Bo nawet ten nieznany, jeśli odpowie na ten życzliwy uśmiech, gest pozdrowienia – już staje się znajomym.

Jeszcze w zielone gramy!

- Jestem przyjacielem ludzi – zapewniał z wdzięcznością za każdą taką odpowiedź na zgotowanej przez Marcina Kudasika, jego syna Szymka i innych „Śwarnych” premierze swojej książki w nowotarskim MOK-u.

Spektakl zupełnie różny od innych scenicznych przedsięwzięć zespołu, wskrzeszał odgłosy gazdówki na Meksyku – szczekanie psa, gdakanie kur, trzask piorunów. Płynęły powojenne piosenki i melodia tanga. Pod koniec wybrzmiała i nieśmiertelna piosenka Wojciecha Młynarskiego „Jeszcze w zielone gramy...”. A co chwilę ktoś z dreptającej w codziennym pośpiechu i co rusz porywanej melodią grupy zdejmował maskę, odsłaniając twarz. Przestawał być anonimowy. Miał imię i charakter.

We wspomnieniach Romana Dziobonia, w sercu i pamięci, mieszkają ludzie, których pewnie nie napotkałby gdzie indziej niż w górach i na rowerowych ścieżkach. Są samorodni artyści – jak Józef Janos, który z Dębna chodził boso na odpust do Ludźmierza; jest licealny matematyk prof. Przesławski „Mamut”; jest fotograf i rowerzysta Józef Broś, jest Jan Szal – jego mechanik i rowerowy mistrz; jest Teofil Wałach - felczer o rozległej wiedzy, jest przewodnik i poeta, tatrzański bard Jurek Tawłowicz, jest Józef Kaleta – gazda spod Długiej Polany, jest cała plejada innych postaci.

Co to jest starość?

Ale promocja książki była najwspanialszym do niej dodatkiem, bo kolejnym spotkaniem – z Romanem Dzioboniem, który mógł mówić o tym, jak kocha ruch i ludzi; o tym jak postrzegał świat w każdej porze swojego życia i co w człowieku zmienia starość.

A z perspektywy minionych lat i całego swojego doświadczenia Roman Dzioboń mówi nam: - Trzeba wiedzieć tyle i rozeznawać tyle, żeby nie stać okrakiem nad barykadą.

Podaje też swoją definicję starości:

- Niezależnie od takiego czy siakiego bólu, który się czuje; niezależnie od tego, gdzie by się chciało być i już nie będzie, co by się chciało zrobić i już nie zrobi - starość jest wtedy kiedy jest ci wszystko jedno, kiedy świat przestaje cię interesować.

A jemu – człowiekowi z niegasnącą twórczą weną, ostrym widzeniem spraw i świadomością, że każdy, nawet bardzo znajomy człowiek, to wielki znak zapytania - ten stan ducha jest na razie z gruntu obcy.

Jego w tej chwili największe zmartwienie polega na tym , jak ze swoimi przemyśleniami, ze swoim „garbem” doświadczeń, z całą mądrością i pięknem, które przez lata gromadził w sercu, w pamięci i pod powiekami – trafić do młodych? Jak „typ analogowy” może nawiązać nić porozumienia z „typem cyfrowym”?

Romana Dziobonbia "Spotkania w drodze"

Fot. Anna Szopińska