WIELKANOC. Była piękna wiosna 1939 roku. W majątku Podlipce, rodzinnym szlacheckiej ormiańskiej rodziny Torosiewiczów już od miesiąca trwały przygotowania do Wielkanocy. Kilka dni przed świętami siostra Felicja, urszulanka na stację kolejową we Lwowie odprowadziła 13-letnią wówczas Annę Beatę i jej starszą o cztery lata siostrę Jadwigę. PAnna Olszyńska, Fot. Beata Szkaradzińskaanienki Torosiewiczówne ciesząc się z powrotu z przyszkolnego internatu do domu, nie miały pojęcia, że to ich ostatnie wspólne święta.

Rok później Anna z rodzicami Wielkanoc spędzała we Lwowie w towarzystwie sąsiada ...radzieckiego prokuratora, podsłuchującego ich przez ścianę! Właśnie wiedząc o tym na święta zaprosiła go Natalia Torosiewicz, rodem z arystokratycznej grecko – rosyjskiej rodziny Demidow – Panow, mama panienek. – Był zachwycony, przypomniał sobie, że święta przygotowywała jego babcia – opowiadała mi przed 10 laty zmarła w lipcu 2015 roku pani Anna Olszyńska z domu Torosiewicz. Jej siostra Jadwiga, miała mniej szczęścia. - Najpierw została wywieziona przez Rosjan wraz z wujostwem Kosthaimów do Kazachstanu, potem w niewiadomym kierunku... Nigdy nie dowiedziano się co się z nią stało. – Była wówczas piękną 18-letnią Polką o ormiańskiej...

- Wiosną 1939 roku z Jadwigą cieszyłyśmy się na te kilka dni wolnego – wspominała pani Anna. – Dojeżdżając do Zarwanicy już z daleka zobaczyłyśmy powóz i naszego ulubionego stangreta Buńkę! To przecież on uczył nas jeździć konno. Szczęśliwe dziewczęta do majątku aleją lipową dojechały w około godzinę. Tam na ganku przed dworem na nie

czekali rodzice:

Kajetan Torosiewicz, potomek słynnego arcybiskupa Mikołaja, który to dla kościoła katolickiego w XVII wieku pozyskał Ormian i sekretarza króla Władysława IV oraz Natalia Demidow – Panow z arystokratycznej związanej z dworem Romanowów grecko – rosyjskiej rodziny. – Otoczenie było piękne, przyroda budziła się do życia, na klombach kwitły kwiaty, a drzewa i krzewy były pokryte pierwszymi pąkami. Czuć było już świąteczne zapachy. W kuchni bajcowano dziczyznę, wieprzowinę i cielęcinę. Czyszczono srebra, szkło i lampy, przygotowywano pokoje gościnne. My z Jadwigą, szybko rozpakowałyśmy tylko bagaże przy pomocy naszej pokojówki Hani i popędziłyśmy do jadani. Punktualnie o 13 podawano obiad. Spóźnienie było dużym nietaktem. W zasadzie po tym terminie, nie było po co przychodzić. Krzesła byłyby odstawione, a na nas czekałaby kara... Wyznaczała ją ciocia Zosia Kosthaim, siostra taty. To ona wraz z mężem Stanisławem prowadziła nasz majątek. Pan Kajetan, jako legionista, bywał wiele poza domem. W czasie I wojny światowej walczył, jako oficer armii austriackiej, wzięty do niewoli rosyjskiej i wywieziony w głąb Rosji,

W Carycynie pod Moskwą poznał swą przyszłą żonę. Ślub wzięli w 1919 roku w Moskwie w obrządku prawosławnym, po przyjeździe do Polski w obrządku ormiańsko - katolickim, udzielił go arcybiskup Józef Teodorowicz, kuzyn Torosiewiczów i przyjaciel kardynała Adama Sapiehy. Pan Kajetan walczył oczywiście i w wojnie bolszewickiej 1920 roku, a czynną służbę zakończył dopiero w 1937 roku.

Pani Anna kontynuuje, że przed obiadem z siostrą zdążyły się jeszcze przywitać z całą rodziną i ukochaną kucharką Teosią. - Zajmowała się ona kuchnią naszej rodziny przez 54 lata! A nas czasami po kryjomu dokarmiała smakołykami. To jej dziełem była większość świątecznych przysmaków, przygotowywanych w dwóch kuchniach majątku. - Całą ceremonią było pieczenie bab świątecznych, bardzo wysokich i krajanych potem w poprzek, a nie tak jak dziś, od góry do dołu. Dziewczęta wbrew pozorom pomagały w dworze. Miały obowiązek np. pojawić się w stajni o 5 rano, aby nauczyć się dojenia krów. Musiały się też umieć zająć się końmi, więc czas spędzały i w stajni cugowej. – Te umiejętności pomogły mi potem w powojennym trudnym życiu. Będąc już w Rabie Wyżnej doiłam krowy Rosjan, ci w zamian dawali mi 5 litrów mleka.

Wielkanoc na kresach miała określony rytuał


Już w Wielki Czwartek wynoszono na wozy wędliny, mięsa i ciasto. Rozwożono to do najbiedniejszych rodzin we wsi. To wszak rodzina Torosiewiczów była przecież znana z dobroczynności. Dr Józef Torosiewicz, lekarz i pradziadek pani Anny, był znanym lwowskim filantropem. To on ufundował zakład wychowawczy dla biednej ormiańskiej młodzieży, nazwany bursą Torosiewicza. Wdzięczni obywatele Lwowa, ufundowali mu za to nagrobny pomnik, do dziś stojący na cmentarzu Łyczakowskim, a przedstawiający pana doktora w otoczeniu dzieci. W Wielki Piątek po południu przygotowywano już duży stół do święcenia. – Był taki zwyczaj we Lwowie, że w Wielki Piątek chodziło się od kościoła do kościoła. Były wielkie uroczystości. U nas na wsi nie było takiej możliwości. Musieliśmy jechać karetą ok. 15 km do Złoczowa. To było niemiłe przeżycie. Wraz z siostrą siedziałyśmy na zydelkach, a droga była wyboista. Z powozu wychodziłyśmy więc ...mocno poobijane!

W Wielką Sobotę

już od rana podjazd przed dworem zapełniał się ludźmi z wioski, z koszykami pięknie przyozdobionymi do święcenia. Punktualnie o 10 pojawiał się ksiądz, najpierw święcił stół wielkanocny w dworze, potem koszyki. – Po poświeceniu darów Bożych część służby po złożeniu życzeń udawała się swoich rodzin. Ksiądz zostawał na skromnym śniadaniu, potem wsiadał w bryczkę i jechał dalej. Do naszej parafii należały, bowiem trzy wioski. Pokojówka zaraz potem wołała do stangreta: „zaprychaj i wyjeżdżaj!” To znaczyło, że ma jechać na stację kolejową po następnych gości. Rezurekcja była już o godzinie 18, po niej w jadalni składano sobie życzenia, dzielono się jajkiem. Rozpoczynały się święta. Rodzina i goście o godzinie 20 zasiadali do stołu.

W majątku Natalii i Kajetana, mieszkało wielu rezydentów. – Były to ciotki, siostry ojca, kuzynki – wspominała pani Anna Olszyńska. - Do dziś pamięta ona ciocię Irszaij, kuzynkę ojca z węgierskiej części rodziny, która mieszkając w ich majątku leczyła ludzi jeżdżąc po okolicy bryczką. Ciocia była ciekawą postacią, damą dworu cesarzowej Sisii. Po odejściu na „emeryturę” zamieszkała w swego brata. To dzięki niej pan Kajetan, był na balu w Wiedniu i

poznał cesarzową,

która wręczyła mu nawet swe zdjęcie wraz z podpisem.  Pani Anna przechowywała je wśród rodzinnych fotografii. W wielkim balu, tym razem w carskim Petersburgu, w 1916 roku, tuż przed rewolucją uczestniczyła i mama pani Anny Natalia. – Była zachwycona wspominała przepych pałacu. Zanim się tam znalazła, przez dwa miesiące była w „białej szkole”, ucząc się etykiety dworskiej. Jak trafiła na bal? Jej siostra Anna była damą dworu cara Mikołaja II. – Nie opuściła Romanowów po aresztowaniu i zginęła z nimi zasztyletowana przez bolszewików... W majątku gościła i inna „ciekawa” ciocia, najmłodsza siostra pana Kajetana - Maria de Lavoux, miłośniczka koni i samochodów, znana przed wojną automobilistka, uczestniczka zawodów hipicznych i samochodowych oraz ...pilotka samolotów. Osoba ekscentryczna, spacerująca chętnie z żywym lisem ulicami Warszawy. – Ciocia umiała rozłożyć na części, a potem złożyć samochód, natomiast nie miała pojęcia, jak ugotować rosół!

Do świątecznego stołu

w Wielkanoc 1939 roku zasiadały w sumie 24 osoby. – Stół był jak bajka, z białym haftowanym obrusem, kopułkami rzeżuchy, kurczakami i barankiem stojącym na zielonym owsie. Przystrajała go ciocia Zosia, uzdolniona artystycznie. Na stole były też piękne ręcznie malowane przez nas i ciocię pisanki. Dominowały na nim jednak jajka o różnorakich smakach, chrzan. Były kiełbasy, szynki, dziczyzna i pasztety, a w niewielkich muszelkach móżdżek. Jadło się go pokropiwszy naprzód cytryną. Pośrodku królował zawsze pieczony łeb świński, udekorowany smalcem, z bukszpanem w pysku. Na stołach i w pokojach stawiono świeże kwiaty. Potem podawano wielkie lukrowe baby, kołacze, serniki i 14 rodzajów mazurków, pieczonych na opłatkach. Były i pyszne lody, na które czekałyśmy z siostrą. Te podawano jednak dopiero w niedzielę. Niegdyś w Polsce święcone było bardzo sute, dziś jest o wiele skromniejsze, należy jednak nadal do najmilszych tradycji pielęgnowanych w każdym polskim domu.

Niedzielne śniadanie

rozpoczynało się tuż po powrocie z kościoła. - Do dziś pamiętam duży samowar, Wodę na herbatę przynoszono ze źródełka. Parujący aromatyczny płyn był roznoszony na dużych srebrnych tacach w pięknych filiżankach. Niedzielny obiad był już skromny, nie było żadnych przystawek. Składał się tylko z dwóch zup, drugiego dania, kompotu i ciasta. Pani Anna wspominała, że Wielki Poniedziałek, w przeciwieństwie do spędzonej w gronie rodzinnym niedzieli był bardzo wesoły i głośny. Przyjeżdżali wówczas sąsiedzi z okolicznych majątków, wszyscy składali sobie życzenia, dyskutowali na tematy polityczne i rolnicze. Od samego rano w pokojach, na korytarzach a nawet w parku, słychać było tupot nóg i odgłosy rozbawionej młodzieży podtrzymującej bardzo chętnie tradycję śmigusa – dyngusa! Wieczorem, tak jak to często praktykowano czytano na głos książkę. Z reguły był to „Pan Tadeusz”, „Potop” lub inne polskie dzieło.
- We wtorek rano z siostrą pożegnałyśmy rodzinę. Było nam smutno, ale musiałyśmy wracać do szkoły. Z nadzieją myślałyśmy już o wakacjach. Niestety. To były nasze ostatnie wspólne, niepowtarzalne i urocze Święta Wielkanocne przed wybuchem II wojny światowej.

***


Po wojnie pani Anna zamieszkała najpierw w Rabie Wyżnej. W 1951 roku wyszła za mąż za Andrzeja Olszyńskiego, byłego właściciela majątku Niezwojowice w Miechowskim. 5 lat potem zawitała w Rabce. Od samego początku pobytu na Podhalu zajmuje się działalnością charytatywną. Przez ponad 40 lat była prezesem Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej w Rabce i jego założycielką. Pomagała szpitalom, bezrobotnym, bezdomnym, rodzinom wielodzietnym i wszystkim potrzebującym. Zmarła w lipcu 2015 roku.

BEATA SZKARADZIŃSKA