Kserokopie Teki Szlembarskiej w rękach sołtysa Ryszarda Pietrasa Fot. Anna Szopińska NOWY TARG. Taka gratka nieczęsto się trafia. Sympatyczne kontakty z Galerią BWA w Miechowie pozwoliły sprowadzić do nowotarskiej Galerii wystawę „Kulisiewicz nieznany". Jest to ponad sto prac, a wśród nich dzieła nie ukończone. Co więcej, Tadeusz Kulisiewicz objawił się podczas wernisażu - dzięki świadkom i pamiątkom swoich bytności – jako prawie Podhalanin.

Z Teki Szlembarskiej Fot. Anna Szopińska Wystawione teraz w Chłopiec z okresu szlembarskiego - kreska Fot. Anna Szopińska „Jatkach" prace pochodzą List Agnieszki Łojas przedrukowany w albumie Fot. Anna Szopińska z Narodowego CentrumZ Teki Szlembarskiej Fot. Anna Szopińska Kultury. To zaledwie cząstka potężnego dorobku ucznia Władysława Skoczylasa i jednej z najznakomitszych osobowości polskiej sztuki XX wieku. Cząstka tym cenniejsza, że większość grafik i rysunków Tadeusza Kulisiewicza spłonęła w powstaniu warszawskim.

Na ścianach nowotarskiej Galerii, prócz grafik i kilku kolorowych gwaszy, można oglądać szkice, rysunki, impresje z wojaży po Indiach, Brazylii, Meksyku. Zachwyt budzą mistrzowska kreska artysty i słynna Kulisiewiczowa „miękka linia".

Ale tym, co nam najbliższe, jak koszula ciału, są dzieła z tzw. teki szlembarskiej. Artysta przez dwadzieścia lat, w wakacje, a czasem i na Boże Narodzenie, przyjeżdżał bowiem z żoną Barbarą do gorczańskiej wsi, zaprzyjaźnił się z jej mieszkańcami, wielu z nich stało się modelami do jego prac.

Potem Kulisiewiczowie nabyli dom w Kirach – w tym nowym pomieszkaniu również odwiedzali ich przyjaciele ze Szlembarku.

Sołtys Ryszard Pietras przyjechał na wernisaż z plikiem kserokopii wykonanych naprędce, gdy do Szlembarku zawitał pewien profesor Akademii, z gotową już obszerną pracą poświęconą Tadeuszowi Kulisiewiczowi. Skopiowana część to dzieła z „okresu szlembarskiego", czyli z pobytów w latach 1926 – 46. Niektóre - w postaci szkiców i kresek, równie oszczędnych jak trafnych. Kulisiewiczowi starczyło kilka pociągnięć rysowniczego narzędzia, by oddać czyjeś rysy, charakter postaci.


Było co podziwiać Fot. Anna Szopińska Prawdziwą niespodzianką Przybył i Piotr Bies Fot. Anna Szopińska stało się przybycie Na wernisaż dotarli goście z międzynarodowego pleneru w Miechowie Fot. Anna Szopińska na wystawę Stefanii Barwny gwasz Fot. Anna Szopińska Biegun z domu Łojas – córki gospodarzy, w których szlembarskiej chałupie dwa miesiące wakacji spędzali Kulisiewiczowie.

Rodzina była duża – z trzynastką dzieci. Pięcioro z rodzeństwa żyje. 84-letnia Maria z Łojasów do dziś mieszka w tym domu.

Nim jednak matka pani Stefanii – Agnieszka – wyszła za mąż i artysta z żoną zaczął przyjeżdżać do domu Łojasów, mieszkał latem w domu jej rodziców.

A żyjąca teraz w Nowym Targu pani Stefania do dziś przechowuje listy matki do Tadeusza Kulisiewicza.
- Mama wtedy dosłownie stawała się poetką – mówi. – „Panie Kulisiewicz, w Waszym ogródku furgajom liście, już jesień sie zbliża..." – pisała.

Gdy artysta przyjeżdżał, była małą, może 5-letnią dziewczynką. Pamięta, że Kulisiewicz chodził po wsi, gwarzył z ludźmi, szukał sobie modeli, wynajdywał dzieci, które mu pozowały, siadywał na schodkach, by spoglądać na Tatry, bo ze szlembarskich wysokości widok rozciąga się wspaniały. Państwo przyjeżdżali na wakacje, czasem też zimą, na Boże Narodzenie.

Ich przyjazdu z wielkim utęsknieniem oczekiwali zwłaszcza najmłodsi, bo Kulisiewiczowie przywozili prezenty. Radość była ogromna, a w tych latach nawet cukierek dla dziecka był rarytasem. Jak już zjechali goście – dzieci aż płakały ze wzruszenia, bo tacy byli kochani. A jak goście spali – trzeba było chodzić na paluszkach. Ludzie szanowali warszawiaków, przynosili im masło, sery, przychodzili po radę albo na pogwarki. Na rybki pan Kulisiewicz chodził sam – albo kupował je od dębnianów.


Widok na Dębno Fot. Anna Szopińska - Na przyjazd pana Z Teki Szlembarskiej Fot. Anna Szopińska Kulisiewicza mama Gorczańska zima Fot. Anna Szopińska zawsze szykowałaPani Stefania (z domu Łojas) z corką Fot. Anna Szopińska bramę powitalną – wspomina córka gospodarzy. – Robiła wieniec z jodełki, ozdabiała go kwiatami i było całe święto. Zimą, pamiętam, bawił się z nami w sztuczne ognie, a latem – jak siedział na schodkach - uczył mnie po francusku, takiej piosenki „Frere Jacque, frere Jacque // Dormez-vous, dormez-vous? // Sonnez les matines, sonnes les matines // Din, dan, don // Din, dan, don!". Jak chodził po wsi, ręce trzymał za plecami. W jednej miał czekoladkę, a drugą – pustą. Trzeba było zgadnać, w której jest czekoladka i wtedy się dostawało... Potem z mamą odwiedzaliśmy ich w nowym domu w Kirach. Pamiętam, że miał tam stajnię dla koni.

Tadeuszowi Kulisiewiczowi pozowały i ciocia pani Stefanii, i jej siostra, wówczas dziewczynka z dwoma warkoczami. U siostry właśnie, która już na Podhalu nie mieszka, przetrwało dużo Kulisiewiczowych rysunków. Tadeusz Kulisiewicz był chrzestnym ojcem jej brata Staszka, a jego żona – chrzestną siostry Basi, bo to samo miała imię.

Wiele osób we wsi jeszcze Kulisiewicza pamięta, żyją ci, którzy pozowali do jego rysunków. Dotarcie do nich, do wspomnień i pamiątek, z pewnością dostarczyłoby materiału do ciekawej pracy magisterskiej, nawet doktorskiej. A nuż ktoś ze szlembarskiej młodzieży trafi na Akademię i kiedyś ruszy śladem mistrza, który po dalekim świecie jeździł, ale do gorczańskiej wioski wracał przez lat dwadzieścia...