ksiadzofiara a

12 sierpnia informowaliśmy o tragicznym wypadku na szlaku. Ofiarą był ksiądz Jaromir Buczak. 

 Z relacji otrzymanej od świadków wynikało, że wikariusz wyszedł poza łańcuch, żeby sfilmować wspinaczkę towarzyszących mu lektorów. Otrzymaliśmy informację od osób, które podróżowały z księdzem, której wynika że prawda wygląda zupełnie inaczej.

"Do wypadku doszło w drodze powrotnej. Wyruszyliśmy wszyscy razem, szedłem pierwszy tak samo jak w drodze na górę. W naszej grupie czułem się słabszy kondycyjnie dlatego postanowiliśmy, że to ja mam nadawać tempo. Po jakimś czasie wędrówki w dół, dwaj koledzy zatrzymali się na chwilę żeby spakować coś do plecaka. W tym momencie weszła między nas inna grupa turystów. Od tego momentu co jakiś czas obracałem się do tyłu utrzymując kontakt wzrokowy z kolegami. Tymczasem przed nami zrobiło się tak jakby luźniej. Z tego powodu mam wrażenie, że schodziliśmy nieco szybciej, niż koledzy z tyłu. Po drodze mimo wszystko ruch był duży, co jakiś czas wymijaliśmy się z grupami wspinającymi się osób. Zdarzało się ominąć pojedyncze osoby które robiły postój albo łapały drugi oddech schodząc w dół. Ksiądz Jaromir cały czas szedł za mną, tak jakby chciał mieć na mnie oko, była to moja pierwsza wyprawa z nim. W pewnym momencie usłyszałem hałas osuwających się kamieni. Odruchowo obejrzałem się do tyłu gdzie zobaczyłem jak zsuwa się po kamieniach nabierając prędkości. Mam wrażenie, że próbował się czegoś łapać ale się nie udało. Następnie straciłem go z pola widzenia. Na widoku pozostała kurtka która wypadła z plecaka.  W pierwszej chwili chciałem dzwonić na TOPR, ale mi się nie udało. Kiedy usłyszałem że ktoś inny już to zrobił zacząłem szybko schodzić w dół szlaku żeby zobaczyć więcej, niestety bezskutecznie, dalej była już tylko bezradność i oczekiwanie na śmigłowiec. Kiedy śmigłowiec zaczął się zbliżać mniej więcej pokazywałem na jakim odcinku mógł się zatrzymać. Wydawało się że cała akcja trwa wieczność, po jakimś czasie nadeszła tragiczna wiadomość. Wtedy wiedzieliśmy, że nie pozostaje nam nic innego jak bezpiecznie wrócić do domu." - relacjonuje Patryk B.
 
Świadkowie zapewniają, że ksiądz Jaromir był doświadczonym turystą, żarwno w Tatrach, jak i górach Europy.
 
"Schodziliśmy już około 30 min. ze szczytu. Szedłem jakiś odcinek za Jaromirem, między nami schodziło kilku turystów. Utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy. Jaromir szedł zgodnie ze szlakiem, nie oddalał się od łańcucha. W pewnym momencie, na skutek osunięcia się kamienia lub poślizgnięcia zaczął spadać do żlebu. W momencie upadku nikogo nie „wyprzedzał”, nie było to w żadnym stopniu przyczyną jego upadku. Nie udało mu się zatrzymać bezpośrednio po upadku i bardzo szybko nabrał prędkości lądując w dole żlebu. Niestety wszyscy stracili z nim kontakt wzrokowy, nie było szans pójścia z pomocą, ponieważ teren był zbyt trudny (stromość, luźne kamienie). Na końcu chciałbym zaznaczyć, że Jaromir był bardzo doświadczonym podróżnikiem. Na Rysach był pięć razy, z czego jeden raz zimą. Po Tatrach chodził od wielu lat. Bardzo zwracał uwagę na bezpieczne poruszanie się po szlaku i trzymaniu się zasad bezpieczeństwa. Posiadał najlepsze wyposażenie niezbędne do podróżowania w Tatrach Wysokich. Przekazywał nam wiele wskazówek w jaki sposób bezpiecznie poruszać się po górach. Jak widać, nawet najlepszym zdarzają się wypadki. Odszedł od nas świetny człowiek, którego wielu z nas będzie miało zawsze w swojej pamięci. Proszę o uszanowanie jego śmierci." - dodaje Mateusz P. Dokładne przyczyny wypadku bada prokuratura.